Kanada 2003/2004
Tuesday, September 30, 2003
Wedle już zwyczaju wstaliśmy o 630, roznieśliśmy gazety i wróciliśmy do domu. I zaczęło padać. W zasadzie powinienem użyć męskiego rodzajnika zaczął padać ,ten on – śnieg. Śnieg !!! Pierwszy raz w życiu widziałem śnieg we wrześniu (nie licząc tego w wysokich górach). Współlokatorki były niemniej zaskoczony niż my. Tego dnia jeszcze 3 razy padał grad...
Wieczorem poszliśmy na wykład o św. Augustynie. Ponoć był to wykład rozpoczynający cykl wykładów zorganizowany przez wydział humanistycznych nauk. Niestety nie byłem w stanie za wiele zrozumieć. Więcej udało się zrozumieć z dyskusji po wykładzie.
Stworzyłem dziś pierwszy bardziej zaawansowany program z wykorzystaniem OpenGL-a, daje on niesamowite możliwości....
Monday, September 29, 2003
Dzisiaj znowu wstaliśmy wcześnie o 6:30. Gazety tak jak powinny, leżały przed domem. Zapakowaliśmy je do toreb i ruszyliśmy w trasę. Było zimno. Szron na trawie. Na szczęście nie padało. Torby znacznie lżejsze ponieważ dziś same gazety, bez żadnych ulotek. Ja mam ich 31. Maciek 21. Ulotki będziemy dostawać 2 razy na tydzień w środy (wtorek wieczorem) oraz w niedziele (soboty wieczorem). Generalnie to za gazety dostaniemy około 50$ na dwa tygodnie. Za ulotki nie wiem, chyba jest jakoś 8 centów od jednej. Rozniesienie wszystkich gazet zajęło mi 25 minut.
Potem pojechałem do tego Włocha z piekarni. Jeszcze nie podjął decyzji, ale powiedział że do nas zadzwoni jakby co. Powiedziałem mu że zmieniliśmy numer telefonu, więc zechciał sobie go zapisać go na naszym resume. Wyjął z pod laty kupkę resume-ów ale nie było tam naszych. Znalezienie naszych zajęło mu chyba ze dwie minuty. Myślę że on do nas nie zadzwoni...
Wróciłem do domu i okazało się że komputer został wpięty do netu. Pierwsza rzecz jaką zainstalowałem był oczywiście komunikator internetowy Gadu Gadu 6.0.
Popołudniu pojechałem potrenować z moją drużyna piłkę nożna. Rano zapisałem się do wewnątrz uczelnianej ligi. Było tam dwóch gości i 3 dziewczyny. Kapitanem drużyny jest dziewczyna i nikt nie umie grać w piłkę z tego co zauważyłem... Znaczy kopać potrafią... No i gdy tak sobie kopaliśmy przyszła ulewa z gradem ale oni na to nic grają dalej. Dopiero jak wszyscy przemokliśmy stwierdzili że lepiej się schować. Wtedy się z stamtąd stleniłem.
Sunday, September 28, 2003
Dzisiaj wstaliśmy nadzwyczaj wcześnie bo o 6:30 ! Niedziela a my do pracy. Każdy z nas wziął pełen plecak gazet i ulotek. Ulotka to znaczy zestaw ulotek z różnych sklepów gdzie ulotka to taka mała gazetka z produktami i cenami. W każdym bądź razie było tego tyle że wypchaliśmy tym nasze 60 litrowe plecaki i torby które dostaliśmy z Chronicala. Ja obrałem taktykę taką że będę chodził do każdego domu i w zależności na jakiej liście dany dom się znajduje, będę dawał albo gazety albo same ulotki. W gazetach ulotki już są zapakowane jak przyjeżdżają rano. Przyjeżdżają w znaczeniu że są wyrzucane przed domem. Idę więc od domu do domu tak jak na liście. Algorytm okazał się kiepski bo często musiałem przechodzić przez drogę i zanim przeszedłem na numery parzyste to zapominałem na jakich nieparzystych skończyłem. Potem jeszcze raz się pomyliłem i wsadziłem do skrzynki ulotkę zamiast gazety więc musiałem się wracać. Chodziłem już chyba pół godziny plecak nadal pełen ulotek, torba pełna ulotek i gazet a ja zasapany i mam już tylko pół godziny żeby roznieść wszystko. Podjąłem decyzje że najpierw rozniosę gazety. Więc ruszyłem, nie zmieniwszy jednak algorytmu. Ledwo co się wyrobiłem bo skończyłem za pięć ósma a do ósmej ma być wszystko rozniesione. Później zostało mi już tylko rozniesienie ulotek. Nie znalazłem dwóch domów 332 i 338 na County Blvd. Długo się tam kręciłem ale nie znalazłem. Roznosić ulotki skończyłem o 8:30. Jak wróciłem do domu Maciek już był z powrotem, on ma trochę krótszą trasę.
Byliśmy znowu na mszy bez księdza i udaliśmy się na zakupy do Safewaya. Ja popołudniu pojeździłem jeszcze trochę po okolicy i znalazłem niezły przejazd pod high-way-em, znaczy jeśli jedzie się do centrum miasta można oszczędzić trochę drogi, niestety na uniwersytet to skróty nie są.
Mnóstwo tu ścieżek rowerowych. Dużo z nich prowadzi przez parki, lasy na skróty. Wszystkie są asfaltowe i można na nich śmiało jeździć na rolkach czy desce. Co trochę mnie dziwi nie mają tu dobrych dróg, mówię o tych na suburbs. Jakoś tak regularnie jest ten asfalt popękany. Widać jednak że biorą się za ich renowacje bo co chwila gdzieś są roboty.
Okazało się że popołudniu dzwoniło parę osób bo nie dostały gazet, lub gazety nie trafiły do sktzynki, na szczęście wszystkie telefony odebrał Maciek.
Wieczorem upiekłem ciasto. Pyszne. Czekoladowe z duża ilością czekolady, a na to jeszcze polewa czekoladowa. Maciek narzeka że za słodkie ale jest rewelacja.
Wieczorem zagraliśmy partyjkę wormsów.
Saturday, September 27, 2003
Dzisiaj miał miejsce pierwszy pożar (Maciek prosi żeby to nazwać malutkim płomieniem który został natychmiast ugaszony żeby zapobiec ewentualnym plotkom. Mam unikać słowa pożar) . Zapalił się piec. Maciek piekł kurczaka i gdy chciał sprawdzić jak wygląda okazało się że jakaś substancja która zgromadziła się na dnie pieca zapaliła się. Chwile potem załączył się alarm. Zrobiło się cholernie głośno. Po wyciągnięciu kurczaka z pieca i niektórych kratek udało się Maćkowi zgasić po ogień ręcznikiem. Ja pootwierałem okna drzwi i po chwili wyłączył się alarm. No comment.
Wieczorem wybraliśmy się na długo oczekiwany mecz hokejowy. Ze szkoły zabrał nas darmowy autobus (taki żółty schoolbus) na hale sportową na drugim końcu miasta. W samej hali masa sklepików z hot-dog-ami, popcornem, chipsami itd. Oczywiście były też gadżety Thunderwolves – czyli drużyny z Lakehead University. Trochę się tam porozglądaliśmy, ale zaraz potem poszliśmy oczywiście zobaczyć nasze miejsca. RB1 czyli z boku, drugi rząd od dołu. Usiedliśmy jednak wyżej. Potem z tego powodu po pierwszej tercji musieliśmy się przesiąść... No ale dobra siedzimy. Jak tak się przyglądałem tej hali to naliczyłem że jest tam około 2000 miejsc, później okazało się że na meczu było 3200 ludzi a i tak nie wszystkie miejsca były zajęte. Gdy było już tak gdzieś pół godziny przed meczem DJ włączył powerastą muzykę i ekipa z UBC (University of British Columbia – Vancouver) wtargnęła na lód. Zaczęli naparzać na bramkarza. Potem DJ zapodał jeszcze bardziej powerastą muzykę, tak jak to się robi na meczach HNL i na tafle wskoczyli nasi. Zaczęła się rozgrzewka. Muzykę to mieli dobrą do rozgrzewki... Bardzo fajnie to wyglądało 30 gości na lodzie, chyba jeszcze więcej krążków i wszyscy ładują na bramkę. Przed rozpoczęciem meczu jeszcze raz wyczyszczono lód. Walka była zacięta od samego początku. Body check-i na żywo to naprawdę niezła sprawa. Było też sporo walk na pięści no i oczywiście związanych z tym power play-ów. Trzecia tercja to jeden wielki power play. Jeśli chodzi o sam poziom zawodników to naprawdę bardzo wysoki. Ci goście są już o krok od gry w NHLu, może któryś z nich będzie tam grał. Mecz skończył się wynikiem 6-1 a na lodzie zostało 3 z UBC i 4 z LU nie licząc bramkarzy. Ale było czasem i tak w trzeciej tercji ze LU grało w 3 przeciwko 5. W ogóle dobrze że ten mecz trwa tylko 60 min. bo inaczej ci chłopcy chyba by się tam pozabijali. W ostatniej sekundzie jak już właściwie niektórzy zaczęli zjeżdżać do szatni, bo było już 6-1 jeden koleś z UBC zapodał body check-a kolesiowi z LU. Chwile potem jak ten z LU się pozbierał stali tak obok siebie, potem ten z UBC ściągnął kask temu z LU i załadował z pięści w głowę. Ten znowu się obalił rąbnął głową w lód. Omal się nie zaczęła zbiorowa bójka... W przerwie meczu były organizowany zabawy dla dzieci i całej publiczności. Wyścigi na rowerkach 3 kołowych na lodzie, turlanie oponami. Wszystko nafaszerowane reklamami. Po drugiej tercji na lód wjechały dwa samochody. W trakcie meczu rozdano jedną pizze i rozrzucane hod-dog-i oczywiście przy tym reklamując masę firm. W trakcie meczu oczywiście była zapodawana muzyka tak jak to się robi na meczach NHL-a, a większość ludzi świetnie na nią reagowała. Ja tych trików nie znam, ale do niektórych fragmentów się podnosi ręce, do innych tańczy, do jeszcze innych klaszcze, śpiewa itd... Bardzo mi się podobał mecz i cały wyjazd. Trzeba będzie tam jeszcze kiedyś zabłądzić...
Friday, September 26, 2003
Rano, jak tylko się obudziliśmy stwierdziliśmy że jednak do tego gościa nie pojedziemy i spaliśmy dalej... Mamy zamiar pojechać tam w poniedziałek. Leo Oja natomiast nie odpisał ale mam nadzieje że zrobi to jeszcze jutro.
Funkcjonuje tu taki świetny system. Mianowicie wykładowcy prowadzący zajęcia często mają swoje notatki lub też np. grafy które rzucają rzutnikiem na ścianę. Często tak siedząc na zajęciach w Polsce myślałem że dobrze by było mieć niektóre np.grafy w swoich materiałach. Tutaj wykładowcy takie właśnie użyteczne rzeczy zostawiają w bibliotece i można sobie to wypożyczyć ( maksymalnie na godzinę ) i pokserować.
Kserowanie to osobna historia. Ja się dziś nauczyłem jak to się robi. Więc jest tak że każdy student dostaje student ID w postaci karty magnetycznej, która swoja drogą też upoważnia do zniżek w Salvation Army... Kartę tą można za pomocą specjalnej maszyny ładować kasą. Następnie aby uruchomić ksero trzeba tą kartę w odpowiednie miejsce włożyć a ksero samo pożera kasę z karty wraz z każdą kopią.
Wieczorem poszedłem na spotkanie grupy FOCUS. Było tam starsze małżeństwo i ekipa internationalów z Brazyli, Chin aż po Sri Lanke. W sumie jakieś 10 osób. Spotkanie polegało, czego się nie spodziewałem, na czytaniu i analizowaniu biblii. Po spotkaniu ekipa została na chat-cie tak więc miałem okazje pogadać po angielsku. Ci ludzie też nie mówią płynnie po angielsku. Chociaż nie da się od nich nauczyć wymowy, to przynajmniej nie okazują zniecierpliwienia jak ja szukam wyrazów.
Skończył się nam miód który Maciek przywiózł ze sobą z Polski...
Spostrzeżenie dnia #1: każde światła dla pieszych mają knefliki.
Spostrzeżenie dnia #2: knefliki pozwalają wyładować zdenerwowanie, wywołane długim oczekiwaniem na zielone światło, poprzez notoryczne ich naciskanie.
Pytanie #1 : Jaka jest korelacja pomiędzy czasem czekania na zielone światło a prawdopodobieństwem że dany kneflik zostanie uszkodzony w wyniku permanentnego wyreagowywania się przechodniów ?
Spostrzeżenie dnia #3 : karty magnetycznej nie wkłada się do slota oznaczonego „Collect your change”...
Thursday, September 25, 2003
Dzisiaj wcześnie rano pojechaliśmy do piekarni, ale nie po pieczywo, ale dowiedzieć się czy będzie dla nas możliwość ażeby tam pracować. Wstaliśmy nieprzyzwoicie wcześnie bo chyba o 7:30. Pierwsze co zobaczyłem za oknem była sąsiadka czytająca na podwórku gazetę. Nie potrafię po prostu zrozumieć dlaczego ona ją czyta na zewnątrz. Temperatura waha się w granicach 5 stopni, wieje zimny wiatr a ona sobie czyta gazetę jak gdyby było lato. Niektórzy ludzie tutaj nadal chodzą w koszulce i krótkich spodenkach podczas gdy my z Maćkiem jesteśmy już w polarach. Dojechaliśmy do wlocha a on nam oznajmił z uśmiechem na twarzy ze jeszcze nie podjął decyzji. Więc my z uśmiechem na twarzach wycofaliśmy się ze sklepu, poczym zaraz za rogiem zbluzgaliśmy kolesia. Każe nam rano wstawać o 7:30 tylko po to żeby nam powiedzieć że nie podjął jeszcze decyzji. Pojedziemy do niego jutro, jeśli uda nam się wstać...
Odpisał również na maila Leo Oja. Leo jest znajomym Nancy i od niej dostaliśmy na niego namiary. Zaproponował spotkanie przy kawie w weekend więc zobaczymy co z tego wyjdzie, ale póki co mam nadzieje że koleś nam pomoże – zobaczymy.
Dzisiaj zauważyłem na jednej z dróg znak informujący o tym że przejście przez ulice w tym miejscu jest tylko dla skuterów śnieżnych.
Wednesday, September 24, 2003
Ciągle szukamy pracy. Dziś podpisaliśmy umowę z Chronical Journal. Będziemy roznosić dla nich gazety. Mamy dwie trasy do obskoczenia po około 25 domów. Gazety rano będą leżeć przed domem i do 8:00 maja być rozniesione. Pieniądze też mamy sobie od ludzi zbierać a Chronical-owi oddać za gazety. Zobaczymy jak to jest w niedziele bo wtedy zaczynamy.
Mi udało się znaleźć odpowiednie biblioteki do OpenGL-a i wreszcie mogę też pisać programy na Computer Graphics na laptopie.
Byliśmy też na zebraniu harcerzy. Kiepsko są tutaj zorganizowani, bardzo kiepsko. W zasadzie to nie można tego porównywać z harcerstwem w Polsce. Jest to po prostu ekipa która chce co jakiś czas wychodzić w góry, czy do lasu. Paru będzie też raz na miesiąc zajmować się dziećmi po szkole i tyle. Pojęcie zastępów, załóg w ogóle tu nie istnieje.
Widziałem też dzisiaj po raz pierwszy Seinfielda. Ciągle go nadają...
Tuesday, September 23, 2003
Po dzisiejszych wykładach z grafiki komputerowej potrafię już stworzyć jakieś prymitywne programiki z użyciem OpenGL-a. Mam nadzieje ze w najbliższym czasie uda mi się też to zrobić na laptopie.
Dzwoniłem też do Chronica-Journal – a. Jutro przyjedzie facet i przedstawi nam wszystko jak to roznoszenie gazet działa. Żadnego SIN-u lub pozwolenia na prace od nas nie chciał ani nic i chyba nie będzie z tym problemów. Są jakieś ulice na których jest zapotrzebowanie na roznosicieli więc być może od niedzieli będziemy rano gazety roznosić. Mówił że trzeba to zrobić do 8:00. Niestety kokosów na tym nie zbijemy.
Ponoć jutro ma być jeszcze zimniej, brrrr.....
Monday, September 22, 2003
Przyzwyczajamy się do nowych standardów w mieszkaniu w szybkim tempie. Wyrobiłem sobie kartę w Safeway-u, najbliższym markecie.
Byliśmy w bibliotece i szukaliśmy w Chronical Journal –u ( tutejszej miejscowej gazecie) ogłoszeń z ofertami pracy dla roznosicieli gazet. Póki co, zostawiliśmy nasze namiary u kolesia który się tym zajmuje i zobaczymy co z tego wyniknie....
Pogoda zrobiła się jesienna. Jest chłodno.
Sunday, September 21, 2003
Dzisiejszą msze odprawiała znowu ta siostra zakonna. Kazanie miała o tym że można się wiele od dzieci nauczyć, np. uczciwości. Opowiadała jak kiedyś z siostrzenicą pojechała do McDonalda i dali jej o jedną zabawkę za dużo i ta mała siostrzenica postanowiła ze tą zabawkę odda. My po mszy pojechaliśmy do Super Storu. Ja płaciłem. Kasjerka przy zwrocie pieniędzy machnęła się o jakieś 5$. Nie napisałbym tego wszystkiego, gdybym się rzecz jasna, chciał jakimś szlachetnym uczynkiem pochwalić...
Po powrocie pozwijaliśmy nasze bety, garnki, rowery narty, przygotowaliśmy się do wyjazdu do nowego mieszkania. Przyjechała jeszcze Nancy, koleżanka córki cioci. Nancy już raz nam na początku pomogła. Mianowicie drugiego dnia zaraz po przylocie oprowadziła nas trochę po LU i pokazała część Tbay. Spakowaliśmy się do dwóch samochodów (bez rowerów i jak się później okazało jednej torby Maćka). Wszystko było jasne jedziemy na Brent Street nr. 376. Ciocia i Nancy wiedziały gdzie jest Brent Street więc szybko tam zajechaliśmy. Numeru, a tym bardziej domu, 376 tam jednak nie było. Wszystkiemu była winna jedna mała samogłoska -„A”. Brant a nie Brent St.. Jedna samogłoska i czyjaś nienajlepszy słuch lub kiepska wymowa... Pół godziny później byliśmy już wypakowani w nowym mieszkaniu. Trzeba nam było jeszcze się wrócić po trzy rowery i torbę Maćka.
Poszliśmy więc z powrotem, jakieś 2 km, do domu cioci. Maciek wziął torbę i pojechał z nią do naszego nowego mieszkania a ja, prowadząc pozostałe dwa rowery, wracałem pieszo do domu. A było już wtedy sporo po zmroku. Osoba prowadząca dwa rowery po zmroku może budzić podejrzenia... Jak przechodziłem przez parkingu koło Zellersa to jakiś koleś powiedział :”You suppose to keep one bike with your hand and drivie the other , eh?” . Wtedy dopiero uświadomiłem sobie że mogę wyglądać jak potencjalny złodziej. Z tą myślą i nadzieją że zaraz Maciek przyjdzie mi pomóc szedłem dalej. Myślałem sobie co bym też powiedział policjantowi jak by jakiś mnie zatrzymał. Nie miałem nawet przy sobie dokumentów. Aż tu nagle ciabach! Podjeżdża policjant i się pyta skąd mam te dwa rowery. No i musiałem się tłumaczyć. Powiedziałem mu że się przeprowadzam i że kolega powinien mi pomóc, ale nie wiem gdzie on jest. Byłem zaskoczony ze policjant uwierzył na słowo. Gdy przyszedłem do domu Maćka jeszcze nie było. Wrócił chwile później. Okazało się że też wzbudził podejrzenia tego samego policjanta, ponieważ trochę błądził po okolicy, a miał przecież ogromną torbę na plecach. Pan władza sprawdził czy Maciek rzeczywiście studiuje na LU, a gdy to się potwierdziło puścił Maćka wolno.
Teraz już siedzę przy stole w kuchni w nowym domku. Tu jest pięknie. Wszystko jest co trzeba. Nie mieszkamy pod ziemią, do kranu z wodą od stołu kuchennego jest 2 metry a nie 10. Jest zlewozmywak, a pozmywane naczynia suszą się na suszarce a nie na kiblu. Poza tym lodówka, piec – cudownie. Nie będę wspominał o wieży, i TV z DVD. Jest już 12:00 i nie jest mi zimno.
Saturday, September 20, 2003
Wychodzimy z nory, jedziemy w kierunku uczelni, patrzymy a tam yard sale. Zatrzymujemy się, patrzymy a tam kolarzówka. Okazuje się że za aż 5$. Kupiliśmy. Ponieważ nie było to daleko od naszego domu, zawiozłem kolarzówkę. Gdy wróciłem Maciek mógłby mi zaśpiewać „Kupiłem sobie za dwa dolary...” tyle że nie uśmiech a narty, nie barmanki a biegówki, i wreszcie nie z Vancouver tylko z yard sale. Maciek idzie do domu, ja w między czasie przyglądam się eksponatom na trawie. Jeszcze jacyś dwaj kolesie dobierają się do naszych rowerów bo myślą że też są na sprzedaż. Zanim Maciek wrócił ja stałem się szczęśliwym nabywcą kolejnych już biegówek, za jedyne 3$. Trzeba dodać że koleś gratisowo dołączył do tego kijki. Teraz ja z kolei wracam do piwnicy. Gdy już zaniosłem sprzęt na miejsce, okazało się że koleś dał jeszcze Maćkowi mojego dolara z powrotem gdy przypomniał sobie że Maćkowi sprzedał biegówki (również z kijkami) za 2 $. Reasumując kupiliśmy kolarzówkę i dwie pary biegówek z kijkami za jakieś 27 złotych. Podobnie śmiesznie brzmi zdanie : „Ten obiad nas kosztował 10$ razem z kuchnią”. Razem z kuchnią czyli z garnkiem elektrycznym, patelnią elektryczną.
Wieczorem poszliśmy na try-out volleyball-a. Ekipa gra na wyższym niż ja z Maćkiem poziomie, niemniej jednak znowu porównując go do studenckich drużyn w Polsce chyba nie żadna rewelacja. Chłopcy mają jeszcze jakiś dziwny pomysł na ustawienie drużyny na boisku. Najdziwniejsze jest zamieszanie pod siatką przy odbiorze. Ekipa najpierw ustawia się z boku pola, w momencie zagrywki wszyscy na raz wbiegają, robi się zamieszanie a potem gra toczy się już normalnie. Nie mam pojęcia czy to jakoś szeroko stosowana taktyka czy co. Faktem jest że byliśmy w tym nieźle potraceni; ja w ogóle nie widzę potrzeby wbiegania na swoja pozycje z drugiego końca pola...
Friday, September 19, 2003
Zobaczyliśmy dziś ów dom o którym była wczoraj mowa. Udało się ! Jest bardzo fajny i zdecydowaliśmy się tam zamieszkać. Będziemy jeszcze w naszej norce do niedzieli a potem fruuuu. Będziemy mieli w dwóch mały pokój na piętrze. Jest taki mały ze jeśli wsadziło by się tam 2 łóżka to nie było by na nic więcej miejsca. Postanowiliśmy ze kupimy sobie w SuperStore karimaty. Ponadto ze mam jeszcze trochę dalej do szkoły nie da się już na nic narzekać. Jest tam po pierwsze jasno. Dom poza tym jest bardzo dobrze wyposażony: lodówka, piec, zlewozmywak(tych trzech rzeczy nam do teraz brakowało), TV, audio, internet. Bardzo fajnie. Musimy sobie jeszcze poszukać, jakichś szafek, czy czegoś takiego. Zaraz po przyjściu do domu zadzwoniliśmy do właścicieli i potwierdziliśmy rezerwacje. Mieszkają tam jeszcze dwie gościówy. Jedna uczy się w colleage-u (?), a druga pracuje. Nie miały nic przeciwko temu żebyśmy mieszkali w dwóch w jednym pokoju, co zazwyczaj przeszkadzało innym landlordom do których dzwoniliśmy. W niedziele prawdopodobnie urządzimy sobie przeprowadzkę.
Ja po raz pierwszy spotkałem się z grupą z Software Engineering, z którą to będziemy tworzyć oprogramowanie. System rejestrowania klas na zajęcia na uniwersytecie. Podobny projekt robiłem już na laboratoriach w Polsce. Tutaj jak na razie pozostawiono nam o wiele więcej swobody. Sami wybieramy narzędzia, język itp. rzeczy. Myślę jednak że w Polsce zapoznano nas już z fachowymi narzędziami co moim zdaniem jest lepsze. Niemniej jednak w Polsce mieliśmy z góry narzucony plan działania, tu sami sobie to ustalamy. Oczywiście pewne sugestie od prowadzącego dostaliśmy. Wydaje mi się jednak że w Polsce te zajęcia, były lepiej zorganizowane. Ogólnie jednak myślę że laboratoria z Software Engineering można przeprowadzić ciekawiej niż w te w Polsce i Kanadzie.
Wybraliśmy się też do Armii Zbawienia (Salvation Army –second hand shop) i kupiłem sporo rzeczy, bo m.in.: rękawice do hokeja (3$) i kask hokejowy bramkarza (2$).
Jest jeszcze jedna osoba o której z Maćkiem nie zapomnimy, a mianowicie Szeryf. Stały klient Salvation Army. Stały w sensie jest tam po prostu cały czas a nie jest pracownikiem. Ubrany jest jak cowboy - szeryf z gwiazda na piersi. Wygląda zabawnie. Chodzi od rzeczy do rzeczy i sprawdza ,mówiąc przy tym głośno do siebie :”Does it work?”. Tydzień temu sprawdzał „Barbie streaching”. Barbie przy wykonywaniu ćwiczeń ma w zwyczaju sobie głośno podśpiewywać „UP AND DOWN”. Ów cowboy jest teraz przez nas kojarzony z tym właśnie „UP AND DOWN, UP AND DOWN”. Cowboy spędza tam cały czas, ponieważ w sklepie są ludzie z którymi lubi trochę pogadać, ale tak naprawdę to przypuszczam nie ma się nim kto zająć. Ze sklepu natomiast nikt go nie wyrzuca...
Thursday, September 18, 2003
Wysłuchałem dzisiaj rozmowę z cyklu „Rozmowy pod koniec wieku” z Ryszardem Kapuścińskim. Udało mi się to zrobić w ATAC-u (Advanced Technology & Academic Center) przez RealAudio. Wcześniej też słuchałem już trojki przez internet. Jakość może nie rewelacja ale i tak lepsze to niż HOT 101 FM.
Umówiliśmy się też na sprawdzanie jutro jeszcze jednego domu. Mam nadzieje ze tym razem się uda. Pojechałem tam na rowerze żeby zobaczyć go z zewnątrz ale pomyliłem numeru domów. Niemniej jednak był to następny domek w szeregu wiec na pewno go widziałem... Jak już tak tam jechałem na rowerze to znalazłem całkiem niedaleko od nas następne super markety: Zellers i Safeway. Może tam będziemy robić zakupy bo te wyprawy do SuperStora są naprawdę męczące.
Wednesday, September 17, 2003
Wysłaliśmy mailem jeszcze 3 aplikacje i zostawiliśmy jeszcze jedno resume w biurze na drugim koncu miasta. Po drodze wstąpiliśmy do „Stapels” i „Future Shop”-u. Mają tam ogromne zastawy kin domowych. Czasem widać przez okno w niektórych domach jak ekipa zagląda na taki gigantyczny telewizor.
Spędziliśmy tez troche czasu w laboratorium komputerowym w ATACu. Sala z chyba 50 nowymi komputerami, monitory LCD, optyczne myszki, transfer do180kbps – pięknie. Chyba tam zrobie zdjęcie.
Tuesday, September 16, 2003
Byliśmy dzisiaj zobaczyć mieszkanie za 230$/ miesiąc (razem z oplatam). Mieszka tam 6 osób. Syf mieli strasazny. Tam po prostu się nie sprzata, wogle. Nie było natomiast zgnitych ścian. Pokoje ciasne i ciemne. Myśle ze jakby nie było innej oferty to na tą można się zdecydować, problem jednak w tym że mamy mało czasu wiec to chyba w ogóle odpanie.
Złożyliśmy jeszcze resume w A&W, oraz w piekarni.
Kupiłem ksiażke do Computer graphisc za 116$. Ale w tej szkolnej księgarni prawie wszystkie ksiażki tyle kosztują. Niestety nie udało mi się takiej używanej znaleźć, w bibliotece tez nie ma więc byłem zmuszony kupić. Jest tu zorganizowany w szkolnej kawiarni osobny sklep z używanymi książkami i da się niektóre kupić o 50% taniej. Jest też masa ogłoszeń na tablicach informacyjnych i słupach o książkach do sprzedania. Dobre jest tu to że szkolna księgarnia zaopatrzona jest we wszystkie ksiażki jakie są wymagane na kursach.
Na obiad zjedliśmy pancakes, jeszcze ani jedenego nie zepsuliśmy.
Monday, September 15, 2003
Wstałem dzisiaj trochę późno, ale tez lekcje miałem dopiero na 2:30. Byłem na wykładzie z Software Engineering. Pan R. Wei podzielił nas na 3-5 osobowe grupy. Moja grupa wydaje się być całkiem w porządku, poza tym że dwaj goście strasznie szybko mówią i czasem ich nie rozumie. Jeden z nich jest już po 3 letnim kursie baz danych Oracla.
Po powrocie do domu zadzwoniłem do kolesia który miał nam niby wynająć mieszkanie, ten na którego namiary dostaliśmy od cioci. Umówiliśmy się i pojechaliśmy tam z Maćkiem. Już sam widok z zewnątrz wiele mówił o tym mieszkaniu. Budynek bez wielu okien, popękane ściany i ogólny syf. Jak przyjechał właściciel to okazało się że mieszkanie które chce wynająć jest w piwnicy. Weszliśmy tam. Syf straszny. Ja tego nie zauważyłem ale Maciek mówi że grzyb na ścianach został żywcem zamalowany farbą. Tak wiec kolejna oferta nam odpada.
Teraz w szkole niewiele jest już ofert z mieszkaniem, conajwyżej poszukują ludzie roommata lub w najlepszym wypadku roommatów. Ceny w okolicach 340$ od osoby. Jeszcze jutro spróbuje zadzwonić do paru ludzi, ale opcji i nadziei zostało niewiele
Sunday, September 14, 2003
Dzisiaj niedziela, rano wybraliśmy się na msze do kościółka akademickiego. Nazywa się to „Avila Chapel” jeśli dobrze pamiętam. Takie większe pomieszczenie w normalnym budynku. Przychodzimy na 10.00 a tam tablica, ekipa z notatnikami i normalnie jakiś kurs jest prowadzony. Ja tam z rozpędu usiadłem i dopiero się zorientowałem co jest grane jak już siedziałem. Głupio było tak od razu wychodzić. Okazało się później ze jest to retreat tylko dla studentów education. Niemniej jednak nikt nas nie wyrzucił. Kobieta, która później okazała się być jakąś siostra zakonna opowiadała im o 7 sakramentach. Msza natomiastmiala się odbyc o 11.00 więc poczekaliśmy. Do tej jednej siostry dołączyła druga która prowadziła śpiew i włączała magnetofon. Obie poprowadziły msze. No właściwie to było jakieś nabożeństwo zastępcze ze względu na brak księży. Do teraz nie wiem co to był za kościół ale chyba Roman. Fajny tez był motyw ze śpiewem bo nikt nie znal tekstu poza tymi dwiema siostrami, no i raz do śpiewu został zaangażowany magnetofon.
Po mszy udaliśmy się z Maćkiem do Fieldhousu to jest miejsce gdzie jest sala gimnastyczna i basen. Jest tez tam sala komputerowa dla studentów. Tam odebrałem sporo maili, co mnie ogromnie ucieszyło. Dowiedziałem się ze Mikuś zmienia stan cywilny. Przyszło też parę maili które nieźle mnie zmotywowały żeby pisać dalej o tym co tu się dzieje. Udało się pochatować na onecie i jeszcze rodzice do mnie zadzwonili. W sumie niby jestem tu tylko 1,5 tygodnia a mam wrażenie ze Polsce tyle się dzieje, tyle mnie mija...
Udało nam się jeszcze z Maćkiem skoczyć na basen. Basen taki se. Stary, nic extra tam nie ma poza sauna w szatni. Na szczęście dla nas za darmo.
Na 4:30 pm poszedłem na trening piłki nożnej. Podobnie jak w Sooke chłopcy więcej ćwiczą jakieś ćwiczenia niż grają. Przez pierwsze 90 min biegaliśmy z piłką dookoła boiska, dryblowaliśmy miedzy „cones”-ami, podawali piłkę, strzelali na bramkę (sporadycznie) no i przede wszystkim biegaliśmy. Byłem po tym czasie wyrąbany. Masakra. Zlany potem żałowałem ze poszedłem, bo zmęczyłem się jak cholera i w ogóle sobie nie pograłem. Wtedy myślałem ze to już koniec treningu ale okazało się ze jeszcze gramy mecz... No i graliśmy jeszcze 1 h. ... Syn trenera, miał chyba ze 25 lat i po półtora godzinnej rozgrzewce, w momencie kiedy ze mnie się po prostu już lalo, zdjął polar. Niesamowita miał kondycje, a pod polarem jeszcze cieniutka bluzkę. Nie wiem czy zdecyduje się te treningi, bo jutro mogę nie być w stanie ruszyć się z łóżka.
Po treningu znowu udałem się na basen żeby się umyć i spotkałem tam kolesia, który tez był na treningu. Był z pochodzenia Finem, ale mieszka już 15 lat w Kanadzie. Wmawiał mi ze w Finlandii jest bardzo ciepło... No cóż... Dowiedziałem się tez od niego ze w Thunder Bay jest sporo krytych lodowisk. Cieszy mnie to bo na razie jeszcze ani jednego nie widziałem i już się obawiałem ze sobie niewiele pojeżdżę. W ogóle ponoć w zimę jeziorko (to takie jak ¼ polski) zamarza.
Teraz organizowane są tzw. „Try-outs”, np. ten mój pierwszy trening w nogę to tez był taki try-out. Na piłkę nożną mógł przyjść kto chciał i zobaczyć jak jest. Na hokeja żeby przyjść i zobaczyć jak jest trzeba być zawodnikiem klasy co najmniej AAA. Z tego co pamiętam to Bruce z Sooke miał klasę AA a wymiatał niemożebnie. Ponoć w NHLu gra 8 gości którzy pochodzą z Thunder Bay.
Przypomniało mi się tez dzisiaj jak gadałem z Frankiem, że na Okęciu widziałem reprezentacje Polski w siatę. Widziałem dwóch siatkarzy, chyba Gruszkę ( strasznie wysoki i przypakowany) i takiego dziadka z wąsem, chyba Waldermar Wspanialy się nazywa... Potem jeszcze spotkalem kapitana s/y „Dunajca” który w tym roku prowadził rejs przed i po naszym. Leciał do Porto na zlot harcerskich drużyn wodnych.
Saturday, September 13, 2003
Dzisiaj rano przy śniadaniu spotkała mnie niespodziewajka. Ciocia zeszła z góry i oznajmiła ni z gruszki ni z pietruszki: ze dziś przyjdzie w południe pani która może nam wynająć mieszkanie. Myślałem do tej pory ze możemy u niej zostać. Zapłaciliśmy jej za 1 miesiąc i ona o tym dobrze wiedziała kiedy jej płaciliśmy. Okazuje się jednak ze nie możemy u cioci zostać. Pogrywa sobie nie fair. Nie dość ze jej już zapłaciliśmy, poznosili drewno to teraz musimy na nowo szukać mieszkania a wybór pewno już jest mniejszy, podania o prace maja zle dane, zly telefon i jeszcze raz trzeba będzie się zwijać i przenosić. Nie usłyszałem żadnego „sorry” z jej strony co tez wydaje się być nie tak. Poczekaliśmy wiec na ta panią, ale okazało się ze ona tylko wie kto może wynająć mieszkanie a sama nie jest właścicielką. Właściciela na razie trudno zastać w dom. Na 100pm było spotkanie grupy facetów grających w nogę. Zapisaliśmy się z Mackiem i jutro jest pierwszy mecz. Jest to piłka halowa ale jutro pierwszy mecz będzie na trawie. Potem usiedliśmy sobie w sali komputerowej. Fajna sprawa, bo sale komputerowe sa w wielu miejscach min. w hali sportowej. Tam posiedzieliśmy chwilkę (4h) i posznupaliśmy w sieci. Po spotkaniu Maciek pojechał na zakupy do Super Storu a ja wydzwaniałem do ludzi którzy dali swoje telefony na tablicy ogłoszeń z mieszkaniami albo z roommatami. Wieczorem poczytałem swoją książkę z biblioteki, a Maciek popisał trochę w HTML - u. Później jeszcze pograliśmy w Wormsy.
Aha Ciocia jeszcze wspomniała ze możemy tu jeszcze trochę zostać i poszukać sobie dobrego mieszkania. Może tu jeszcze będziemy koło tygodnia a potem trzeba będzie się ruszyć. W zasadzie przeciętny Kanadyjczyk przeprowadza się 7 razy w życiu, wiec może nam tez będzie dane w tym roku trochę skosztować tego Kanadyjskiego życia.
Friday, September 12, 2003
Dzis zaplacilismy za kursy 815$. Udalo mi się tez zalogowac na komputery, wiec pewnie będę tam teraz spedzal wiecej czasu. O 100pm byliśmy na wycieczce po bibliotece uczelnianej. Ogromne zbiory! 5 pieter ksiazek, czasopism. Maja tez mikrofilmy z roznymi gazatami, np. „Globe and Mail” od 1960 jesli dobrze pamietam. Wypozyczylismy sobie z Mackiem już po ksiazce. Wypozyczanie nic nie kosztuje wiec chyba będę tam często zagladal. Wieczorem poraz pierwszy poszedlem na spotkanie LUCF Lakehead University Christian Fellowship. Najpierw były jakies kiepskie gry integracyjne, pozniej troche pospiewalismy a na koniec jakis pastor czy ktos taki miał chyba z godzinne kazanie. Poznalem sporo ludzi ale niewiele imion zapamietalem. Niemniej jednak ciesze się ze tam poszedlem. Po spotkaniu było jeszcze spotakanie u jednego kolesia w domu. Generalnie ludzie siedzieli i gadali. Pozniej, w gestej mgle, pojechalem do domu. W drodze do tego kolesia widzialem 2 skunksy. Ponoc jest ich tutaj sporo.
Popoludniu udalo nam si jeszcze zostawic aplikacje na Foot Patrola wHuman Resources. Zostawilismy tam resume i covering letter. Odpowiedz ma być do 26 Septembra wiec jeszcze sporo czasu.
Thursday, September 11, 2003
Być może będę miał okazje chodzić za darmo na laboratoria z Inżynierii programowania. W takim wypadku wybrałbym sobie jesz ze zajęcia z grafiki komputerowej. Książki będą mnie kosztować cos koło 170$. Niemożliwe!
Byłem dzisiaj popołudniu na rowerze, porozglądać się po okolicy. Okazuje się ze jakieś 0,5 km mamy do najbliższego supermarketu. Tyle że tylko ten supermarket jest strasznie drogi i nie wiem czy będziemy się w nim zaopatrywać. Zajechałem też nad wodospad za zapora jakiegoś jeziorka.
Wieczorem udało mi się uruchomić Apacha2 i PHP na laptopie. Jutro jeszcze spróbuję MYSQLa.
Wyrobiłem sobie tez kartę studenta, wiec mogę od teraz wypożyczać książki z biblioteki, chodzić za darmo na basen, wypożyczać sprzęt sportowy z Fieldhousu i mam wiele zniżek w rożnych miejscach w mieście. Panie w bibliotece szybko zrobiła zdjęcie kamera podłączoną do komputera, trzeba było się jeszcze podpisać elektronicznym długopisem (kiepski pomyl) i po minucie plastikowa karta wydrukowana.
Wednesday, September 10, 2003
Tak teraz possę se trochę „Zozola” i popisze. Udało mi się przed chwila rozwiązać trzecia zagadkę, dlatego mogę już spokojnie pisać... Dziś byłem na trzecim już kursie i chyba się na niego zdecyduje. Niestety wykładowca nie ma najlepszego akcentu. Pochodzi z Azji. Swoftware wymawia [Softyyyłaaee]. W ogóle Inżynierie programowania już miałem w Polsce, mam po prostu nadzieje na ciekawe laboratoria.
Oddaliśmy z Maćkiem resume do cafeterii, jeśli nas będą chcieli zatrudnić to zadzwonią w najbliższych dniach. Wysłaliśmy tez jednego maila z resume. Praca dla nocnego stróża za 12$/h. Znieśliśmy również drewno na opal z dworu do mojego pokoju. No właśnie jeszcze nie pisałem jeszcze o moim pokoju. Jest niesamowity ponieważ jest to zarazem kuchnia, sypialnia, spiżarnia i garaż. Garaż w sensie ze składujemy tu rowery i drewno na zimę. W dodatku jest to cześć piwnicy wiec ze światła słonecznego raczej nici.
Jako ze Maciek jest już zarejestrowany na kurs dostał już legitymacje, kartę studenta. Dzięki temu może już korzystać z komputerów na campusie. Dzisiaj właśnie zobaczyłem co tam dają, a dają wiele. Corel 9,Visual Studio .NET, Photo Shop, jakiś programik do robienia stron Adobe i jeszcze parę cennych rzeczy. Jak będę miał swoje konto to zobaczę jak to chodzi.
LU to dobrze zorganizowany uniwersytet. Wszystko tu ładnie jest zaplanowane, ustalone i dopracowane. Na korytarzach leża stosy kalendarzy z opisami programów, przedmiotów. Dzięki nim można sobie znaleźć wybrany kurs. Dokładne dane (np. kto prowadzi zajęcia i daty) można znaleźć zna stronie. Rejestracja na wybrane kursy tez poprzez stronę LU. Ciekawe jest jednak to ze nie ma tu takiego wyboru przedmiotów jak to sobie wyobrażałem. W ramach danego kursu jest może z 5-6 jedno semestrowych przedmiotów do wyboru. Oczywiście można sobie kursy dobierać jakiekolwiek się chce ale już nie w ramach programu. Niemniej jednak pomimo świetnej organizacji, która to na pewno jest sprawniejsza od polskiej, poziom nauczania nie jest tak różny. Sowtware engeenering z panem azjatą Wei wydaje się być jeszcze nudniejszy niż z panami Szedlem i Kolano z Politechniki Śląskiej i to dlatego ze pan Wei po prostu potrzebuje sporo czasu żeby wyartykułować swoje myśli po angielsku. Chęci natomiast wydaje się mieć większe nic ww. panowie z Pol. Śl.. Tak więc poziom nauczanie nie gorszy ale też nie jakoś zaskakująco lepszy.
Budynki LU są połączone podziemnymi korytarzami żeby w zimie nie trzeba było wychodzić na dwór. Jest tez stawik zaraz obok budynków, rzeka. Ciągle buduje się nowy budynek ATAC wypchany elektronika w każdym zakątku. Ogromne ale płatne parkingi w pobliżu i akademiki. Aha akademiki są świetne, wyglądają jak domki szeregowe i prezentują się naprawdę dobrze.
Tuesday, September 09, 2003
Dzisiaj byłem po raz pierwszy na zajęciach. Nadal nie jestem zdecydowany na żadne z nich. Jutro jeszcze sprawdzę Inżynierię programowania i trzeba będzie podjąć decyzje. Dziś byłem na zajęciach z grafiki komputerowej i sztucznej inteligencji. Koleś od sztucznej inteligencji strasznie powoli mówił i miał straszny akcent, 2 razy zasnąłem. Facet z grafiki wręcz przeciwnie. Wymiatał po angielsku aż za bardzo. Czasem trudno było go zrozumieć.
Zauważyłem dziś kolesia który tak samo jak my jeździ na jakim kiepskim rowerku i do Super Stor-u wchodził w plecaku. Okazało się ze jest Finem z wymiany.
Udało nam się po raz pierwszy upiec pancakeki. Po za tym dni staja się coraz bardzie podobne do siebie...
Monday, September 08, 2003
Nareszcie doczekałem się transferu przynajmniej niektórych kursów, choć i tak jeszcze nie wszystkich. Może jutro się zarejestruje na jakiś kurs, jaki to jeszcze nie wiem – zobaczę co będzie dostępne. Maciek już ma kartę studenta, może ja tez jutro będę ja miał. Zjedliśmy drugie spaghetti, a zabrakło nam chleba. Jutro śniadanie też bez pieczywa. Dzisiejszy zakup dnia to garnek na prąd, patelnia na prąd, deska i krajalnica do sera która będzie nam także służyć jako odwracaczka do placków. Dzisiaj poznałem swojego dziekana, a był chyba zmęczony i jakiś ospały – trudno mi się z nim rozmawiało.
Sunday, September 07, 2003
Pierwsza niedziela w Thunder Bay. Trafiliśmy do kościołka gdzie msze miał jakiś starszy ksiądz z bardzo polskim akcentem – nic nie rozumiałem. Byliśmy również w marinie. Tam nie ma ani jednego hangaru! Jezioro widzieliśmy po raz pierwszy z bliska, czyste. Coraz lepiej orientujemy się w terenie. Rowery bardzo się przydają. Dzisiejszy zakup dnia to chyba zapięcia do rowerów 2*9.99 + TAX co daje razem 22.98. Rano mieliśmy niemiłą pogawędkę z ciocia, przez co teraz unikamy wchodzenia na górę. Musimy sobie kupić własne przyrządy do gotowania i lodówkę bo okazuje się że ciocia nie chce żebyśmy jej włazili do kuchni... eh... Nauczyliśmy się także przyrządzać parówki (chicken winers) w mikrofalówce. Owija się je w papierowy ręcznik i wg przepisu trzyma się je tam przez 20 sek.. Po prostu pycha!!! ;) Grzanki z serem z mikrofalówki oraz herbata z sokiem z cranberysów – oto nasza dieta.
Saturday, September 06, 2003
To już trzeci dzień w Kanadzie. Siedzę przy laptopie - udało się go dzisiaj lub wczoraj uruchomić, bo w końcu znalazłem przejściówki do wtyczek. Maciek rozwiązuje zagadki. Wydarzenie dnia to zakop rowerów. Jeden za 85 drugi, 65 czyli każdy dał po 75. Dzisiaj tez ugotowaliśmy pierwszy obiad. Pierwsze dni jedliśmy kiepsko... Kupiliśmy tez dzisiaj czajnik a w przyszłym tygodniu kupujemy patelnie i garnek - wszystko na prąd.
Pracy jeszcze nie mamy i niewiadomo co z nią będzie. Na razie nie szukaliśmy jeszcze nic poza praca na campusie. Jestem bardzo ciekaw co z tego wyniknie.
Ciocia czasem nie wydaje się być za mila, niemniej jednak udostępniła nam bardzo tanio swoje mieszkanie. Co chwila mówi nam jak tu wszystko drogie, czasem o rzeczach oczywistych co potrafi być denerwujące.
Ciągle jeszcze nie mam dobrej orientacji w mieście, ale mam nadzieje ze niedługo się to skończy. Mamy już nasze rowery i mam nadzieje wszystko stanie się dostępniejsze. Przez ostatnie 3 dnie większość czasu traciliśmy na pokonywanie dystansu pomiędzy domem, szkołą i super storem.
Kanada – oczywiście duże samochody, małe domki z „tektury” na sub-urbs, masa ludzi z polski, „I will be more than happy to help you” itp. hasła.
Na razie nie udało nam się znaleźć programu na TV który jest u Macka w pokoju. Telefonu tez nie mamy, zobaczymy ile te dobrodziejstwo kosztuje. Kupiliśmy tez dziś ubezpieczenie UHIP za 612$ na rok.
Na razie jakoś tak nie tęsknię za Polska, może dlatego ze po prostu nie mam czasu i w zasadzie to jestem tu dopiero chwile. Snów o Polsce tez nie mam.