Kanada 2003/2004
Wednesday, March 31, 2004
 
Dzisiaj miały miejsce prezentacje dwóch teamów z grupy ‘data crunching’. My dzisiejszą prezentacje przygotowywaliśmy krótko a wyszła chyba lepiej niż poprzednie. Grupa przed nami rzuciła na ekran swój kod źródłowy i zaczęli go po kolei omawiać – jeden z gorszych pomysłów na prezentacje swojego programu.
Do domu wróciłem szybko żeby się dobrze wyspać. Zanim się położyłem, przespacerowałem się po okolicy. Dzisiaj był bardzo słoneczny dzień, najcieplejszy od wielu miesięcy - nie dało się chuchać parą. Nie zawędrowałem daleko, bo tylko do podstawówki która znajduje się jakieś 300 m od naszego domu. Trafiłem na porę w której kończyły się zajęcia i przyjeżdżały pod szkołę żółte schoolbusy. Przypomniały mi się czasy z Sooke kiedy to też tak siedziałem przed szkołą i czekałem na żółty autobus.
Gdy przyszedłem do domu wpadłem na pomysł żeby położyć się na materacu przed domem. Cały ogródek jeszcze jest zasypany śniegiem. Materac na szczęście wystarczająco dobrze izolował, więc dało się poleżeć i wygrzać na słońcu. Gdy tak się wylegiwałem mogłem sobie obserwować ptaki. Tak się składa że wszystkie jakie tam latały doskonale rozpoznaje: mewy i wrony.
Potem przyszedł Maciek, (dzisiaj bezpośrednio po pracy pojechał na uczelnie) okazało się że dzisiaj nie muszę iść do Safewaywa bo panu Kazikowi skończył się waks. Gdy go dostanie w piątek lub sobotę to do nas zadzwoni.
Wieczorem dokończyłem oglądać ‘Wild Strawberries’ Bergmana.

Tuesday, March 30, 2004
 
Następnie pan Kaziu zaprowadził mnie na schody które miałem wyszorować. Zajęło mi to około 2 godziny. W międzyczasie przyszła ekipa około pięciu facetów którzy rozstawiali towar na półki. Pracowali do samego rana, do otwarcia sklepu. Zarabiają 16/h. Nie potrafiłem uwierzyć że takie ilości towaru codziennie ustawia się a tych półkach. Co chwila ktoś wyjeżdżał z zaplecza z platformą pełną kartonów. O 6:00 rano w różnych miejscach sklepu leżały stosy poskładanych kartonów.
Następnie pan Kazik pokazał mi jak czyścić metalowe odbijacze na wózki, te takie na rantach przy chłodziarkach. Bawiłem się z tym kolejną godzinę. Była to wygodna robota bo w końcu mogłem sobie usiąść. Później, już do 5:30, drapałem syf z drzwi wejściowych.
Na 6:00 pojechaliśmy wypasistym Hyundayem pana Kazika do Canadian Tire. Po drodze trochę pogadaliśmy. Miałem też okazje posłuchać sobie ‘wyśmienitej’ muzyki. Chyba była to płyta typu ‘90 s Best Disco Dance Music vol. 37’. Canadian Tire jest wielkości Reala. Spotkałem kolegę pana Kazika - pana Ryśka. On również przyjechał już jakieś kilkanaście lat temu do Kanady. Pochodzi z Bielska. W Canadian Tire prowadzi on podobną maszynę do tej którą używa pan Kazik w Safewayu, tyle że robi to trzy razy szybciej. Moim zadaniem było chodzenie za nim i mapowanie tam gdzie jego maszyna nie mogła sięgnąć. Szybko się przekonałem że jest to zadanie niemożliwe ze względu na te niesamowicie szybkie tempo pana Ryśka. Sprowadzało się to do tego że biegałem za nim, omijając co poniektóre alejki żeby mieś czas na namoczenie mapy. Te ostatnie dwie przebiegane godziny zupełnie mnie wykończyły.
Gdy wyszedłem ze sklepu na dworze było już jasno – zaczął się nowy dzień. Dla pana Kazika jednak zbliżała się pora odpoczynku. Nie potrafię sobie że on tak już żyje od kilkunastu lat, że tak masy ludzi przecież żyją.
Przespałem się 3 godziny i pojechałem do szkoły żeby się spotkać z ekipą z którą robię projekt. Przygotowywaliśmy ostateczną wersje dokumentacji oraz jutrzejszą prezentacje.
Teraz gdy kończę to pisać Maciek już poszedł do Safewaya a ja może sobie zobaczę jakiś film albo pójdę spać.

Monday, March 29, 2004
 
Rano o 8:20 gdy jadłem śniadanie wrócił Maciek. Mówił że cały czas latał po sklepie i sprzątał. Najpierw od 11:00 do 6:00 w Safewayu a potem do 8:00 w Canadian Tire. Przeszedł wiele kilometrów z mopem w ręku tej nocy.
Na zajęciach z AP miały miejsce dwie kolejne prezentacje, pierwszego i drugiego teamu które omawiały swój końcowy produkt. Słuchają ludzi z drugiego teamu nic nie rozumem. Jest w nim dwóch Chińczyków i jeden Rosjanin. Jeden Chińczyk w ogóle nic nie mówi, a Chinka ma straszny akcent. Żeby zrozumieć Igora też trzeba się nieźle wysilić. Na końcu jednak jakieś pytania z sali padają, wydaje się więc że Kanadyjczykom jest go łatwiej zrozumieć niż mnie.
Na 5:30 pm pojechałem na Fr Lino w celu udzielenia kolejnej lekcji obsługi komputera. Podczas wysłania e-maila napotyka on problemy o których ja bym w życiu nie pomyślał. Często też się pyta czy klikać raz czy dwa razy. Ja oczywiście z przyzwyczajenia wiem co i ile razy się klika żeby zadziałało. Go jednak to zaskakuje że ja to wszystko pamiętam, pyta się mnie czy mnie tego w szkole uczyli. Spisuje też sobie ścieżki jakimi się musi poruszać żeby coś zrobić, przykładowo wysłać e-maila albo dodać kogoś do listy adresowej.
Maciek właśnie słucha wywiadu w radiu ze śpiewaczką operową która skończyła biotechnologie na uniwersytecie w Toronto z wynikiem A+.
O 11:00 przyszła pora żebym to ja poszedł do Safewaya. Trochę tam pochodziłam zanim znalazłem pana Kazika. O jak zwykle ubrany we flanelową koszule wciśniętą do wiszących na nim przetartych dżinsów. Jest coś dziwnego w osobie pana Kazika. Podczas poprzednich rozmów potrafił zamilknąć na 10 sekund, utkwić wzrok w czymś co zdawało się być gdzieś daleko na horyzoncie. Wyglądał jakby był nieobecny, myślami gdzieś bardzo daleko. Potem niespodziewanie wracał do rozmowy. Mówi po Śląsku, pochodzi z Sosnowaca. Około 15 lat temu trafił do Thunder Bay. Wcześnie jeszcze na 3 lata wyemigrował do Grecji. Od 12 lat ma tą prace w Safewayu. Znaczy to że od 12 lat żyje w nocy. Ma przestawiony tryb życia dokładnie o 12 godzin. Chodzi spać około 11:00 am a wstaje o 6:00 pm.
Od razu zaprowadził mnie na zaplecze gdzie zostawiłem swoje rzeczy i dostałem miotłę. Najpierw zamiatałem kasy. Później pan Kazik przyprowadził mi z zaplecza wiadro na kółkach z ogromnym mopem. Nie wiem dlaczego ale on na to mówił ‘mapa’. Może tak to się stopniuje mopik, mop, mapa. Gdy mop jest na tyle duży i ciężki można go nazwać ‘mapa’. Konsekwentnie można powiedzieć że mapą się mapuje. Nauczyłem się też nowych czasowników: wkasowanie i stripig. Maciek i ja jednak nie wiemy co znaczy ten striping. Waksowanie - wiadomo, pan Kazik ma mocny polski akcent. Tajemniczo jednak brzmi stwierdzenie: ‘Dzisiaj będę waksował, a jak zdążę będę robił striping’. Ważne jest też to że waksowanie to nie jest to tamto. Waksowanie to najbardziej dostojna robota ze wszystkich w Safewayu. Każdy może zamiatać, wycierać podłogę, szorować schody ale waksowaniem jest inaczej. Waksować mogą tylko wybrańcy. Striping brzmi jeszcze bardziej nieosiągalnie dla zwykłego śmiertelnika. To coś jakby ponad waksowaniem. Już teraz wiem że nigdy mi nie będzie dane robić waksowania, a o stripingu (cokolwiek to jest) mogę tylko pomażyć. Teraz głupio się już pytać co to jest ten striping, gdy pan Kazik tyle razy o nim mówił - przytakujemy udając że wiemy o co chodzi.
Później wycierałem na mokro podłogę koło kas, czyli mapowałem. Mapa jest ogromna i ciężka zwłaszcza gdy nasiąknie wodą. Można jednak nią w krótkim czasie mapować olbrzymie powierzchnie. Pan Kazik nie tylko robi to bardzo efektywnie ale niemalże z gracją - bez wysiłku.

Sunday, March 28, 2004
 
Od rana padał deszcz. Sporo topniejącego leży na poboczach. Wszystko spływa do ogromnych kałuż tworzących się na chodnikach. Pod nimi śliska warstwa lodu. Tam gdzie śnieg już stopniał jest błoto. Jedynie ten śnieg leżący wystarczająco daleko od jezdni jest jeszcze biały. Na ulicach wszystko jest czarne i zabłocone. Wszystko zalane deszczem. Śmieci które przezimowały pod śniegiem znowu ujrzały światło dzienny. Pochmurno, mokro i zimno.
Wieczorem, znaczy teraz Maciek poszedł do Safewaya. Powinien wrócić około 8:00 rano. Aktualnie umieram z ciekawości co on tam będzie robił przez te dziewięć godzin.

Saturday, March 27, 2004
 
Dzisiaj większość dnia spędziłem w szkole preparując dokumentacje do programu z Advanced Project. Wracając do domu wstąpiliśmy do Safewaya i spotkaliśmy tego Polaka który nam jakiś czas temu obiecywał pracę. Powiedział że jeden z nas może przyjść jutro na 11:00pm.
Friday, March 26, 2004
 
Po zajęciach spotkałem się z Ningiem i Gini żeby podzielić się pracą przygotowywania dokumentacji. Jak dokumentacją będzie gotowa pozostanie nam już tylko przygotować jej prezentację na środę i będziemy done.
Koleś ze Safewaya się nie odezwał – nie wiemy co jest grane. Obawiam się że skończy się to jak zawsze.
Wieczorem pojechałem na games night z ekipą z FOCUSa zamiast na Bible study. Pojechaliśmy do domu znajdującego się daleko od miasta. Podwoził nas Brian. Jechała z nim jego córka. Zaczęła sobie coś po francusku śpiewać w samochodzie – chodzi do francusko języcznego przedszkola. Brian jednak nie zna francuskiego chociaż jest to pierwszy język jego rodziców. Mówił że jakiś czas temu ludzie przestali się uczyć francuskiego ponieważ żeby znaleźć dobrą prace trzeba było dobrze mówić angielsku.
Dojechaliśmy do bardzo dużego domy na niewielkim stromym zboczu. Mieszka tam aktualnie sporo studentów. Dom jest przystosowany do tego aby przyjąć około 14 osób. Z tego co mi opowiadał, Bill – właściciel, to prowadzą tam czasem jakieś szkoły biblijne, czy coś takiego. Dom jest ogromny a w jednym z pomieszczeń jest basen.
Przez bardzo długi czas po prostu czatowaliśmy ze sobą. Przyjechało na to spotkanie około 15 osób w różnym wieku więc było z kim pogadać.
Pod koniec postanowili w końcu zagrać. Nie wiedziałem czego się spodziewać gdy posadzili nas w dużym pokoju z tablicą powieszoną na ścianie i stołami ułożonymi w podkowę. Większość ludzi była w wieku około 40 lat. Bill zaproponował grę która polegała na tym że pisało się pytanie, następnie odpowiedź na pytanie sąsiada. Gdy wszyscy skończyli pisać swoje odpowiedzi zaczął się końcowy etap. Polegał na tym że czytało się komuś pytanie ze swojej kartki a ta druga osoba odpowiadała odpowiedzią ze swojej. Generalnie chodziło o wymieszanie odpowiedzi z pytaniami tak żeby potem zestawiają je ze sobą w parach można było się pośmiać.
Później było jeszcze gorzej. Bill zapisał na białej tablicy: ‘What I love about my homeland is...’, a naszym zadaniem było dokończenie zdania i napisanie odpowiedzi na pytanie ‘Why?’. Karteczek jednak nie wymienialiśmy z sąsiadami – ‘no funny answers’. Następnie trzeba było powtórzyć tą samą procedurę zastępując słówko ‘love’ na ‘hate’. Give me a break! Finałem zabawy było czytanie swoich odpowiedzi wsłuchując się w pomruki ze sali ‘taht’s a good one’, ‘yeah’, ‘that’s rigth’ itp.. Nie siedziałem tam oczywiście z założonymi rękami - czasem było bardzo zabawnie i wesoło. Zwłaszcza kiedy padło na Stellę - Chinkę na wizycie. Wiele razy spotkałem ją na FOCUSie - wiem że jest bardzo dociekliwa i nie lubi niejasnych sytuacji. Jako że nie rozumie jeszcze wszystkiego co się do niej mówi - trzeba mówić powoli i wyraźnie - była niesamowicie skonfuzjowana podczas tej pierwszej gry. Z założenia wszystkie pytania i odpowiedzi nie miały mieć sensu - długo trzeba było Stelli tłumaczyć dlaczego wszyscy się śmieją. Gdy w końcu ktoś jej zadał pytanie trzeba było jej znowu wytłumaczyć żeby nie odpowiadała na nie, tylko żeby przeczyła odpowiedź ze swojej kartki. Popatrzała przenikliwym wzrokiem na zgromadzenie, w charakterystyczny sposób przyłożyła palec do ust zastanawiając się chwilę, w końcu przeczytała po cichu odpowiedź ze swojej kartki i wybuchła śmiechem. Niemniej jednak tego typu zabawy w ogóle nie pasują mi do ludzi w wieku 40 lat, a takich była tam większość. Zamiast normalnie porozmawiać, bawią się w jakieś karteczki... Zakończyło się to wszystko jeszcze jedną zabawą która polegała na odpowiedzeniu na pytanie: ’Jakie trzy rzeczy zabrałbyś z mieszkania w wypadku pożaru’. Oczywiście znowu było bardzo zabawnie słuchając komentarzy typu ‘Marcelo ty z tą doniczką i półką książek już dawno się spaliłeś, czemu jeszcze myślisz o zabraniu trzecie rzeczy?’ lub zatroskanego głosu Selli tłumaczącej Marcelowi że nie wzięła by jego książki którą pożyczyła dwa tygodnie temu, bo dla niej ważniejsza jest jej książka kucharską. Niemniej jednak ta gra też jakoś mi nie pasowała to takiego zgromadzenia.
Gdy wróciłem do domu zastałem Maćka rozmawiającego z Rayanem przy kuchennym stole. Dołączyłem do nich po odgrzaniu mojej połowy lazani. Rayan, nasz roommate, którego przez ostatni tydzień w ogóle nie widzieliśmy, jest pochodzenia skandynawskiego. Ma 29 lat, studiował na UBC i LU przez 2 i pół roku. Aktualnie jest bezrobotny i żyje z rządowego pięciuset dolarowego zasiłku. 300$ za room i 200 na jedzenie – jakoś starcza. Oczywiście musi rządowi jakoś udowodnić że szuka pracy. Do póki żadnej nie znajdzie tej renty mu nie zabiorą. Żyje tak już od dwóch lat. Do pracy mu się nie spieszy bo mówi że jest leniwy, ale także miał jakieś problemy zdrowotne. Dodatkowo zaciągnął u państwa podczas studiów spory dług przysługujący studentom – student’s loan. Jeśli znajdzie pracę będzie zmuszony go zwracać. Po dwóch latach studiów nie ma szans na żadną dobrą prace i boi się że jeśli w ogóle zacznie, to bardzo długo będzie musiał odpracowywać swój dług. My z Maćkiem regularnie co jakiś czas uświadamiamy sobie jak tu niesamowicie łatwo młodemu Kanadyjczykowi znaleźć jakaś prace i czegoś się dorobić. W Polsce, przy 18% bezrobociu, takie historie jak Rayana, muszą brzmieć jakoś abstrakcyjnie.

Thursday, March 25, 2004
 
Rano poszedłem na farę żeby się spotkać z fatherem Lino. Podobnie jak i kościół, probostwo też jest dobrze utrzymane. Wyglądało jak siedziba jakiejś firmy. Robert Lino, który jest już w podeszłym wieku, pochodzi z miasta niedaleko Wenecji, a przyjechał do Kanady gdy miał 28 lat – ma bardzo mocny włoski akcent. Trochę pogadaliśmy w jego biurze a potem pokazywałem mu jak się wysyła pocztę i szuka newsów na googlu. Obiecał że zaprosi nas kiedyś z Maciek do siebie na obiad.
Potem pojechałem już na uczelnie. Było ciepło – pierwszy raz w tym roku poczułem wiosnę. Masa śniegu leży jeszcze poboczach i chodnikach. Topniejąc tworzy ogromne, kilkunasto metrowe kałuże wzdłuż chodników. W labie udało mi się jeszcze znaleźć dwa błędy w moim programie i teraz już wydaje się działać poprawnie. Maciek zdaje się skończył już pisanie swojego eseju na zaliczenie i zabrał się znowu za projekt w corelu – tym razem dyplom KWE.
Popołudniu przyszła wielka mgła, albo coś mgło podobnego i zaczęło trzaskać piorunami. Spadł ulewny deszcz i kałuże jeszcze bardziej się rozlały. Na placu budowy obok ATACu w zasadzie można już chyba mówić o małym stawie.
Wróciłem wcześniej, dlatego wieczorem miałem okazję sobie posłuchać ‘Fundations’ Keitha Jarretta oraz zobaczyć film Ingmara Bergmana.
Maciek wieczorem przyniósł zestaw map na który długo czekaliśmy- podejściówki ‘Canadian Tire’ do Gniezna, Warszawy i Katowic.

Wednesday, March 24, 2004
 
Dzisiaj po zajęciach koleżanka z którą chodzę na zajęciach powiedziała że spyta się znajomego czy nie potrzebował by kogoś do pomocy przy robieniu stron. W zasadzie to jestem przekonany że nic z tego nie będzie, powiedziała że koleś robi strony w ASP. Z ciekawości zajrzałem sobie na parę stron żeby zobaczyć czym się to je. Zaskoczyła mnie możliwość pisania skryptów w trzech językach.
Wieczorem po drodze krzyżowej zagadał ze mną ksiądz który chyba jest proboszczem w św. Antonim. Ponieważ dowiedział się że jestem na computer science umówiliśmy się jutro na 11.00 am. Będę mu pomagał wysyłać e-maile bo kupił sobie nowy komputer i mówi że jest trochę potracony. Poznałem również kościelnego i inne osoby które tam pomagają – wszyscy są pochodzenia włoskiego. Gdy się przedstawiali swoje imiona i nazwiska to tak jak bym słuchał Szpakowskiego przedstawiającego skład reprezentacji Włoch. Ten język ma bardzo fajne brzmienie. A zostałem ochrzczony ‘Radicze’ - whatever...
Wieczorem zobaczyliśmy sobie ‘Straight’s Story’.

Tuesday, March 23, 2004
 
Byłem dzisiaj u pana Bensona porozmawiać o algorytmie naszego projektu. Miałem kilka pytań na które mój wykładowca udzielił wyczerpujących odpowiedzi. Charakter rozmowy wydawał mi się jednak, w pewnym sensie, inny niż niektorymi wykładowcami na Politechnice Śl. Tutaj nie ma czegoś takiego jak głupie pytanie, poczucia tego permanentnego oceniającego spojrzenia z góry, jakiegoś grania przed sobą, udawania że jesteśmy poważnymi ludźmi rozmawiającymi o poważnych sprawach. Poważna rozmowa jest, tylko udawania nie ma. Daje to poczucie swobody i efekcie daje możliwość lepszego wyrażenia swoich myśli. Jedna z półkul mózgowych nie jest już zajęta obmyślaniem planu gry. To obmyślanie planu gry być może są to popłuczyny po tym doublethink w polskim wydaniu o którym Orwell w ‘1984’ pisał...
Monday, March 22, 2004
 
Teraz Maciek używa kolażówki Free Spirit kupionej na yard sale za 5$. Kolarka ta już nie raz się przydała i póki co, jeszcze się nie rozleciała. Ja ostatnimi czasy złamałem sobie kluczyk od kłódki. Kupiłem ją z dwoma w zestawie, tyle że są już teraz połamane. Były one skonstruowane z małej części metalowej w kształcie otwartego z jednej strony cylinderka, oraz z doklejonego (chyba klejem biurowym) kawałka plastiku wielkości piórka do gitary. Od tego czasu wożę ze sobą kombinerki, którymi jestem w stanie złapać tą małą metalową część. Dobrze że już nie ma takich mrozów bo kłódki utraciły swoją właściwość częstego zacinania się.
Wieczorem poszliśy do Safewaya na zakupy, oraz oczywiście aby spotkać tego pana którego tam w sobonę przypodkowo poznaliśmy. Z tego co mówił to mam spore szanse żeby załapać się na nocne zmiany w Safwayu oraz być może, jak skończymy szkołę, na zmywanie ścian. Teraz czekamy na jego telefon w środę bądź w czwartek.

Sunday, March 21, 2004
 
Mnie niedziela minęła standardowo, poza tym że nie jechaliśmy do Pentenych. Maciek natomiast rozegrał ostatni mecz w turnieju i ostatecznie zajął ex equo drugie miejsce. Tylko trochę zabrakło mu do pierwszego, ale i tak wygrał 90$ ( z czego 50$ zapłacił za turniej).
Gdy, wedle już trzy tygodniowej tradycji, w niedzielne popołudnie przegotowywałem sałatkę, patrząc przez kuchenne okno sobaczyłem jak Maciek wysiada z samochodu parkującego przed naszym domem. Wyglądało to podejrzanie, ponieważ na turniej pojechał swoim bicyklem. Być może warto w tym miejscu dodać że ów rower był w dużej części zardzewiały, bez pedała i zepsutymi przerzutkami. Rower został skradziony. Faktem jednak jest że nie był zapięty.

Saturday, March 20, 2004
 
Dopisałem drugi moduł do programu który robimy na zajęciach z Advanced Project. Trzeci będzie pisał już Ning. Gdy go skończy będziemy done. Maciek pojechał na kolejny pojedynek szachowy do centrum. Dzisiaj skończyło się na remisie i pozostała mu jeszcze jedna partia jutro.
Drogę do szkoły pokonałem dzisiaj w pełnym baksztagu z nadzieją że wiatr zelżeje do wieczora. Niestety – ostry bajdewind, żeby nie powiedzieć linia wiatru, był moim kursem względem wiatru. Chociaż w drodze powrotnej wiatr własny był znikomy – bo mam pod górkę, to przynajmniej nie musiałem się halsować. Zerowy kąt martwy roweru to dobra rzecz. Wiatr ciął niemiłosiernie – pierwszy raz widziałem miejscowych narzekających na zimno...
W drodze powrotnej wstąpiliśmy do safewaya. Jako że był już wieczór, czyszczono już podłogi i przygotowywano sklep do zamknięcia. Gdy dyskutowaliśmy na temat jaki dżem wybrać, w alejce pojawił się pan pchający sporą niebieską maszynę czyszczącą. Zamiata to i równocześnie zmywa podłogę. Nie zdziwiłbym się gdyby miało to opcje pralki i mini magla. W każdym bądź razie zupełnie niespodziewanie pan który pchał ów traktorek przywitał nas słowami: ‘Dobry wieczór’. Nie wiem już jak, ale w bardzo krótkiej rozmowie zdołałem mu powiedzieć że szukamy pracy. Obiecał że popyta znajomych i powiedział żeby go znaleźć po niedzieli. Byliśmy tym spotkaniem zaskoczeni.

Friday, March 19, 2004
 
Dzisiaj strasznie się nudziłem na FOCUSie. Znaczy głównie podczas części zwanej Bible study. Zaskoczyło mnie dzisiaj to że w zasadzie to oni w kółko gadają to samo – od początku roku. Nie jest to konstruktywne i mnie już w ogóle ich preachowanie nie interesuje. Powoli nabieram do tego awersji. Na szczęście poza tym jest czas na chatowanie które jest entertaining.
Zdaje się że mój soccer team wszedł do play off-ów także został mi do rozegrania jeszcze co najmniej jeden mecz, z czego bardzo się cieszę.

Thursday, March 18, 2004
 
Do szkoły pojechałem po południu. Śnieg który wczoraj wieczorem spadł znowu stopniał i jezdnie mamy mokrą. Temperatura strasznie skacze, ale generalnie idzie w górę – w końcu zbliża się wiosna.
Wieczorem na 8:30 poszedłem grać w badmintona na dwie godziny. Grałem dzisiaj w doborowym towarzystwie więc nie było lekko. Grałem z Judem, ze Sri Lanki oraz paroma Chińczykami którzy nieźle wymiatali. Maciek natomiast, tak jak i wczoraj, pojechał rozegrać mecz w ramach kilku dniowego turnieju szachowego. Gra w nim zdaje się tylko sześć najlepszych osób z okolic Thinder Bay. W każdym bądź razie rozgrywany jest w jednym z najlepszych hotelów w mieście i nagrody są niemałe. Niestety wczoraj Maćkowi nie udało się wygrać. Jaki był dzisiejszy wynik jeszcze nie wiem a jest już 1:24...

Wednesday, March 17, 2004
 
Dzisiaj skończyłem pisać program w Microsoftowym Visual Studio i przeniosłem się na gianta – 64 procesorowy server. Jeśli czas pozwoli spróbuje dopisać parę dyrektyw żeby kod mógł się wykonywać współbieżnie.
Na zajęciach pan Benson dokończył wykład o OpenMP. Wcześniej jednak znowu wypełnialiśmy ankietę – course evaluation.
Na ostatnim wykładzie i dzisiaj jedna z Chinek przyprowadziła swoje dziecko na zajęcia. Maluch siedzi sobie w rogu na krześle i coś tam sobie maluje. Generalnie można zauważyć że Chińczycy są bardziej zdeterminowani do nauki niż Kanadyjczycy. Nie tylko z resztą Chińczycy ale i inni imigranci też, a ta Chinka jest tego doskonałym przykładem.
Ostatnio na imprezie urodzinowej Fabiana też słyszeliśmy że przykładowo kilka chińskich rodzin mieszkających w jednym budynku podzieliło miedzy siebie opiekę nad dziećmi także mieli więcej czasu a naukę. W zasadzie to można również powiedzieć awersja do nauki wśród kanadyjskiej młodzieży rośnie. Kiedyś skarżył się na to Clifton i chyba faktycznie miał racje - proporcja internationali do tubylców na naszym uniwersytecie jest bardzo wysoka.

Tuesday, March 16, 2004
 
Minął kolejny dzień pisania programu. W drodze powrotnej stąpiłem do biblioteki żeby sprawdzić czy tam na mnie nie czeka. Jako że przyszło parę nowych płyt, a nie miałem żadnych przy sobie do oddania, byłem zmuszony przekroczyć limit dwudziestu płyt, także teraz mam ich już dwadzieścia siedem. Znaczy, pani bibliotekarka była na tyle uprzejma że mi pozwoliła tyle ich wziąć na raz.
Monday, March 15, 2004
 
Pan Benson zrobił dzisiaj wykład na temat programowania współbieżnego w OpenMP. Po wykładach poszedłem do ATACu żeby pisać program. Gdy wracałem wieczorem do domu było bardzo zimno.
Sunday, March 14, 2004
 
Nowego współ lokatora dzisiaj jeszcze nie spotkałem, niemniej jednak jego obecność da się wyczuć po nowych naczyniach w kuchni, butach, kurtce i zapachu ‘Old Spicea’ w łazience.
Po mszy, na której kazanie mi się wyjątkowo podobało, poszliśmy do Tima Hortonsa. Wypiliśmy po kawie i zjedliśmy dobre ciasteczka. W zasadzie można by powiedzieć że ufundował nam to wszystko pan Polkinghorna który jakiś czas temu przesłał nam gift certifikaty.
Podobał mi się proces kupowania owych ciasteczek ponieważ byłem tam pierwszy raz i w ogóle nie orientowałem się w ofercie ani w cenach. Chłopak który mnie obsługiwał (młodszy ode mnie) sprawiał wrażenie jakbym bym był jednym z pierwszych klientów których w swoim życiu obsługiwał. Nie wiedzieć czemu, donaty dostaliśmy do pudełka na wynos, kawę do styropiano-podobnych kubków podczas gdy reszta klientów mogła się cieszyć parcelą. Dodatkowo chłopak wydał mi z pięciu dolarów których zapomniał ode mnie wziąć. Nie wykorzystałem tej okazji niecnego zarobku.
Reszta dnia potoczyła się według niedzielnego schematu: zakupy w safewayu, godzinka internetu w bibliotece. Popołudnie przesiedzieliśmy w domu.
Śnieg w ciągu dnia nadal padał więc mamy go z powrotem sporo na drogach i chodnikach.

Saturday, March 13, 2004
 
Po śniadaniu pakuje pizza pockety do plastikowego pudełka ‘Rubbermaid’ na kanapki. Wdziewam zielone, szeleszczące, sztormiakowe spodnie na szelkach. Zawiązuje polarowy szalik, następnie: czapka, kurtka, trepy. Dzisiaj ma być zimno. Nogawki spodni pod sztormiakiem ładuje do skarpet żeby nie uwaliły się od kiety. Wszystkie możliwe rzepy na kurtce i spodniach zapinam, przekładam klucze, ze spodni do lewej kieszeni sztormiaka. Jeszcze sprawdzam światło w kuchni i nad drzwiami wejściowymi do domu. Odpinam rower od sztachet drewnianej balustradki przed domem – jestem gotowy do jazdy.
Temperatury są na tyle niskie że dwie warstwy ubrań to jest minimum - jeśli jedzie się na rowerze. Spodnie ze sztormiaka sprawdzają się w tę pogodę idealnie – raczej nie przemakają, chronią od wiatru i co też ważne, pryskające z pod kół błoto im nie szkodzi. Czasem jednak w szkole, a zwłaszcza na początku, głupio było się tak przebierać na korytarzu, ale teraz to nie ma znaczenia.
W ATACu znalazłem Maćka który siedział sam w laboratorium i kombinował coś przy swoim eseju. Ja zabrałem się za klepania programu. Pierwsze dwie godziny spędziłem na szukaniu jednego błędu który wczoraj wkradł mi się do programu. W jednej z książek na temat inżynierii programowania autor wspomniał że nie lubi programistów którzy nazywają swoje błędy bugami które wlazły w kod. Jego zdaniem jest to nie odpowiedzialne i nieprofesjonalne zachowanie. Niemniej jednak ja uważam że to z czym dzisiaj walczyłem przez dwie godziny to było coś co przylazło z zewnątrz...
O 2:05 p.m. wyszedłem z lab do main caffeteri tylko po to aby przekonać się że zamknęli ją dosłownie przed chwilą. W soboty otwarte do 2:00 p.m.. Tym bardziej mnie to sfrustrowało ponieważ 22 godziny wcześniej, w piątek o 4:05 popełniłem ten sam błąd...
Później dalej siedziałem nad programem. Dostaliśmy w tym czasie obaj maila od Fabiana – zaprasza nas na swoją impreze urodzinową. Umówiliśmy się z nim telefonicznie tak że odebrał nas swoim pick-upem sprzed szkoły o 6:30 p.m.. W czasie tych czterech i pół godziny godziny (2:00 – 6:30), pomiędzy moimi kolejnymi wyjściami z budynku, niespodziewanie zaczął padać śnieg. Padało tak mocno, że po tym czasie na całej połaci było go co najmniej 5 cm.. Rowery oraz moja torba wylądowały z tył auta, a my wygodnie rozsiedliśmy się z kabinie. Zanim pojechaliśmy do jego mieszkania zajechaliśmy pod dwa LCBO (pierwszy był zamknięty) i Fabian zakupił wodę, która jak mówi ‘smaruje kości i żyły prości’. Jako że byliśmy na County Fair, czyli w pobliżu naszego domu, podjechaliśmy do niego i zostawiliśmy nasze rowery. Żeby nie powtórzyła się historia z ostatniego razu, na wszelki wypadek zabraliśmy ze sobą nasze IDs - paszporty.
Mieszka on z Chińczykiem, z którym Maciek chodzi na wykłady, w piwnicy domu na Dalton. Takie zwyczajne mieszkanie na stancji tyle że z ograniczoną ilością światła. Na komputerze ma sporo polskich rzeczy - filmy, muzyka.
Później pojechaliśmy do Dominka, czyli tam gdzie byliśmy ostatnio, a po drodze zabraliśmy Artura i Tomka którzy mieszkają na campusie. Dominik również mieszka na stancji. Do jego mieszkania prowadzą schodki w dół z bocznych drzwi wejściowych, tam również panuje taki piwniczny klimat.
Pokój gościnny to pomieszczenie oddzielone dwoma parawanami od kuchni, puste ściany, jedno okno pod sufitem, dosyć duże jednak, zasłonięte żaluzjami. Obok telefonicznego gniazdka na ziemi leżał telefon oraz jakaś maszyna faxopodobna. Na środku, coś jak dwie małe szafki, które dobrze imitowały stolik. W pokoju obok głośno puszczona muzyka z laptopa. Dało się słyszeć starszą muzykę takich zespołów jak IRA oraz tę nowszą typu T-Love. Doniesiono krzesła z kuchni a niektórzy z nas rozsiedli się na kanapie i dwóch fotelach. Rozmowa toczyła się niekontrolowanym biegiem. Od podatków w Albercie do zjadliwych komentarzy na temat polskich autostrad. Od problemów sercowych Romka, do komentarzy na temat ‘Pakusów’ i ‘Czajników’ którzy zalewają Kanadę. Pakus – nie najprzyzwoitsza nazwa na osobę pochodzącą z Indii, Pakistanu czy tamtej części świata. Czajnik – wiadomo. Być może dało by się zebrać dużo takich neologizmów powstających wśród poloni. Przykładowo usłyszeliśmy anegdotkę o polskiej masarni w Toronto w której właściciel zatrudnia dziewczyny ‘na wizycie’. Znaczy takie bez stałego pobytu. Wiele dialogów lub haseł śmiesznych, ale i dających do myślenia:
- ‘Bo Chińczycy to są tacy żydzi wschodu...’.
Albo:
- ‘Powiedz mi jak to jest spotykam dziewczynę, na nazwisko ma Kowalska a na imię Amanda. Co to ma znaczyć !?’
- ‘Mówię ci, to już jest po prostu kurwiszon’.
Na kolacje zjedliśmy bardzo dobre pizze z ‘Pizza & Pizza’, więc sobie odbiłem ten dzisiejszy brak obiadu.
Słyszeliśmy też sporo historyjek odnośnie różnych wykładowców i zajęć na uczelni. Wynika z nich że tu również można się natknąć na niezłe odchyły, jeśli chodzi o prowadzących zajęcia. Może to jest tak że wszyscy studenci lubią znajdować ekstremalne przypadki a może rzeczywiście takich przykładów wciąż można by za wiele znajdować.
Zasoby nie zostały do końca opróżnione gdy Tomek, a za nim cała reszta zdecydowała się już wracać do swoich domów. Nas odwiózł Fabian o pierwszej pod sam dom.
W zlewozmywaku znaleźliśmy stos naczyń które zostawił po sobie nasz nowy room mate którego jeszcze nie spotkaliśmy.

Friday, March 12, 2004
 
Na zajęciach z AP zobaczyliśmy kolejne dwie prezentacje. Pierwsza grupa która pokazywała slide show składała się z dwóch Chińczyków i jednego Rosjanina. Strasznie trudno się ich słucha, bo chyba tak jak ja, są nowi w Kanadzie i mają okropny akcent. Potrafię sobie wyobrazić że czasem taka duża ilość internationali na uczelni, i w ogóle wszędzie, może być denerwująca.
Dzisiaj siedziałem w ATACu i pisałem swój program. Wieczorem zaś wybrałem się na FOCUSa na pierwsze pół godziny a potem poszedłem grać w nogę. Skończyło się remisem ale gra była trochę nerwowa, zwłaszcza po tym jak jeden koleś mnie sfaulował. Zszedł za to z boiska na 5 minut, ale noga mnie po tym czasie nie przestała boleć. Jest to raczej jedna z tych kontuzji która o sobie przypomina następnego dnia rano. Do rozegrania pozostał jeszcze jeden mecz w niedziele o siódmej. Stwierdzenie że następny mecz gramy o siódmej trochę mnie skonfuzjowało. Przez długi czas bowiem myślałem że chodzi o godzinę 19:00. Na szczęście gdy już rozchodziliśmy się do domów Howie przypadkiem mi uświadomił że chodzi o tą siódmą a.m.. Nie rozumiem jaki jest cel nazywania godziny dziewiętnastej godziną siódmą... Po meczu skoczyłem jeszcze do sali UC2020 na ostatnie pół godziny FOCUSa. Porozmawiałem sobie z gościówą która pochodzi z Kenii. Dowiedziałem się że np. rząd Kenii odbiera obywatelstwo osobą które przyjęły je w innym kraju. Myślałem że każdy może mieć tyle obywatelstw ile chce, ale np. Kanada i Stany dopiero od 15 lat wprowadziły opcje podwójnego obywatelstwa dla swoich obywateli.
Przez ostatnie dwa, trzy dni zrobiło się znowu zimno. Rano temperatura wynosiła -15C a na rowerze pewnie jakieś –25C.

Thursday, March 11, 2004
 
Sporą część dnia spędziłem przy komputerze w ATACU pisząc program. Maciek również większą część dnia klepał w klawiaturę.
Wieczorem wybrałem się na badmintona. Wcześniej w szkole spotkałem się z Fabianem (Polakiem) i umówiliśmy się że dzisiaj sobie pogramy. Zanim jednak przyszedł popykałem sobie z jakąś dziewczyną która też nie miała z kim grać. Później się okazało że była z Francji. Po przerwie spotkałem Juda i Quincy którzy są ze Sri Lanki i zagraliśmy razem mecz z gdzie ja grałem w parze z Chińczykiem. Można by powiedzieć że grałem z ludźmi o czterech różnych narodowościach i w dodatku żaden z nich nie pochodził z Kanady. Jude jednak mówi że w Lakehead jest stosunkowo mało internationali.

Wednesday, March 10, 2004
 
Prezentacja poszła nam dosyć dobrze i myślę że udało nam się przekazać reszcie klasy w jaki sposób mamy zamiar zaprogramować nasz moduł.
Po prezentacji poszedłem sprzedać książkę którą kupiłem na kurs grafiki komputerowej w zeszłym semestrze. Book store skupuje używane książki oczywiście po niższej cenie. Ja swoją książkę kupiłem pół roku temu za 118$ a dziś mógłbym ją odsprzedać za 38$. Niestety kiedyś straciłem CD z owej książki i teraz tak naprawdę nie mogę jej spieniężyć.
Popołudniu popisałem program który tak długo projektowaliśmy. Na razie idzie całkiem nieźle, znaczy dosyć szybko.
W drodze powrotnej ze szkoły wstąpiłem do biblioteki żeby odebrać płyty których ostatnio tak dużo zamówiłem. Czekało ich tam na mnie bardzo dużo, ale na szczęście jeszcze nie przekroczyłem limitu dwudziestu płyt.
Teraz siedzę najedzony w pokoju i słucham, również i Maciek, audycji z CBC Radio ‘Between the covers’.

Tuesday, March 09, 2004
 
Rano spotkałem się z Gini i Ningiem w sudy roomie w celu omówienia projektu programu a także przygotowania prezentacji tego projektu. Uczelniana biblioteka ma sporo takich malutkich sal z jednym stołem paroma krzesłami i tablicą. Dodatkowo można sobie wypożyczyć laptopa i w study roomie wpiąć go do sieci. Gniazdek od z netem wydaje się wszędzie tyle samo co tych zwykłych do prądu. Ja popołudniu zacząłem deklarować pierwsze klasy naszego projektu a Maciek zdaje się kontynuował prace nad swoim 15 stronicowym esejem. Zdaje się że on jeszcze tam siedzi, gdy ja już powoli wbijam się w śpiwór i kładę się spać...
Monday, March 08, 2004
 
Na zajęciach z AP miały miejsce kolejne dwie prezentacje. Tym razem z designu. Jedna grupa zaprezentowała swój design już razem z implementacja i w zasadzie można powiedzieć że cała robota już za nimi. Tak na miesiąc przed końcem zajęć kolesie mają luz, ale dobrze że tak szybko się z tym uwinęli bo ich output będzie naszym inputem. Teraz przyszła kolej na naszą część czyli trenowanie danych. Siedzieliśmy z Ningiem dalej na designem tego programu bo już w środę to my będziemy dawać naszą prezentacje.
W domu zastała mnie bardzo miła niespodzianka. Paczka od pana Polkinghorna z zestawem CD, DVD ‘Come away with me’ oraz z dwoma Gift certificatami do Tima Hortonsa. Gift Certificate to coś w rodzaju bonu, a Tim Hortons to restauracyjka z ciastkami i kanapkami.
Później, wieczorem niepewną ręką sięgnąłem po maszynkę do golenia. Efekt końcowy zabiegów fryzjerskich chyba nie jest najgorszy...

Sunday, March 07, 2004
 
W zasadzie to stwierdzenie padło z ust ksiedza tydzień temu ale chyba nie zaszkodzi przytoczyć je teraz: ’Nastały takie czasy że w naszej parafii pracuje trzech ksieży: ojciec Leno, ojciec Robert i ojciec Robert Leno’. W drodze powrotnej z kościółka na Hilldale wstąpiłem do Safewayea. Byłem sam ponieważ Maciek dziś jeszcze wolał nie ruszać się z domu. Następnie, z plecakiem pełnym słoików, puszek i ziemniaków oraz z dwoma reklamówkami z dwoma gąbczastymi chlebami w każdej, zawędrowałem do biblioteki. Jak tylko wszedłem wpisałem się na waiting list do internetu. Następnie w celu zabicia czasu usiadłem przy czarno białym komputerze i zacząłem zamawiać płyty. Można ‘put hold’ on płyty, książki i inne rzeczy z innych bibliotek. W przeciągu kilku dni wszystko można odebrać z najbliższej biblioteki, jeśli oczywiście dane rzeczy nie są aktualnie wypożyczone przez inne osoby. Trudno powiedzieć czy jest jakiś limit na ilość zamówionych rzeczy. Chyba nie ma bo siedziałem tam dosyć długo... Później nawet zapomniałem że w ogóle się w pisałem na waiting list. Być może to czy komputer jest wpięty do sieci czy nie, nie ma znaczenia. Może chodzi tylko o to żeby sobie posiedzieć przy komputerze - taki nałóg informatyka. Ściągnąłem jeszcze z półki film ‘Rebel without a cause’, odnowiłem kilka płyt i wróciłem do domu.
Obiad zrobiłem dziś sobie potężny. Po tych dwóch dniach problemów żołądkowych był to test na sprawność mojego układu pokarmowego. Do Pentenych dziś nie pojechaliśmy lecz zostaliśmy w domu. ‘Rebel without a cause’ zajęło kilkadziesiąt minut mojego popołudnia. Emily i Mike wpadli na chwile, na jakieś 4 minuty i znowuż znikli.

Saturday, March 06, 2004
 
Ponieważ dzisiaj nadal nie czułem się zupełnie dobrze postanowiłem zostać w domu. Maćka również coś dopadło. Obu nas bolą brzuchy i wygląda na to że musieliśmy się czymś zatruć. Trudno nam jednak ustalić co to było co obaj zjedliśmy i co mogło by spowodować takie objawy. Ponieważ kolejny dzień w tym tygodniu spędzam w domu udało mi się dziś dokończyć ‘Grapes of wrath’.
Friday, March 05, 2004
 
Na 11:30 pojechałem na zajęcia do szkoły. Po drodze wstąpiłem do Safewaya po pizza pockety i banany. Ponieważ miałem zamiar zostać w szkole aż do wieczora zakupiłem owe artykuły spożywcze. Maciek przyszedł do szkoły po południu. W piątki opłaca mu się przychodzić bo nie ma zajęć i ponieważ jest bez roweru Millerowie mogą go po spotkaniu odwieźć do domu. Ja po zjedzeniu tego mojego obiadu czułem się niedobrze i około 18:00 zdecydowałem że wrócę do domu. Zdaje się że było to dobre posuniecie ponieważ jak tylko przyjechałem do domu miałem okazje sobie przypomnieć jak wyglądają pierwsze godziny rejsu na rozkołysanej fali. Zasmakowałem pizza pockety i banana na ‘lewą stronę’. Źle się czułem już do końca dnia oraz przez parę pierwszych godzin następnego. Na szczęście objawy grypy z którą zmagałem się przez cały tydzień znikły. Być może jest to dobry przykład na potwierdzenie tezy ‘Ból zwalcza ból’. Maciek wrócił wieczorem. Mówił że na spotkaniu było bardzo mało osób i dlatego jego przebieg był trochę inny niż zwykle.
Thursday, March 04, 2004
 
Kolejny dzień spędziłem w domu w celu polepszenia mojego stanu zdrowia. Głównie czytałem Steinbecka, na chwile wyskoczyłem do biblioteki. Maciek cały dzień spędził na uczelni. Dzień minął szybko.
Wednesday, March 03, 2004
 
Dzisiaj nie dostaliśmy map podejściowych do Europy a te podejściówki do Pragi i Budapesztu na nic nam się nie zdadzą. Może te do Europy przyjdą jutro, kto wie? Taki mniej więcej był temat naszej śniadaniowej rozmowy przy porannej prasie. Prasa czyli ulotki. Ulotki czyli mapy. My czyli żeglarze, bo wracamy na pokładzie statku – taki jest plan. Jakiego statku? Jak będziemy mieć skompletowane mapy to pomyślimy o statku.
Po dwudniowej przerwie znowu pojechałem do szkoły. Po zajęciach spotkałem się kolejny raz z Ningiem i dalej siedzieliśmy nad designem programu. Nie czuje się jeszcze najlepiej a pogoda na przejażdżki na rowerze też nie rewelacja. Dziś znowu padał śnieg i trochę się ochłodziło.
Tuesday, March 02, 2004
 
Kolejny dzień kuracji spędziłem głównie na czytaniu ‘Grapes of wrath’. Po południu na chwilę wyskoczyłem do biblioteki sprawdzić maile i zobaczyć czy coś tam na mnie nie czeka. Ostatnio zamówiłem sporo rzeczy i tak że nawet nie pamiętam już co. Płytę którą dzisiaj odebrałem nawet nie pamiętam żebym zamawiał. Tym większa była moja radość gdy na okładce znalazłem tytuł :’The Peter Malick Group featuring Norah Jones: New York City’. Panie w bibliotece już mnie poznają. Dzisiaj nie musiałem się pytać czy coś dla mnie przyszło, pani za ladą gdy tylko mnie spostrzegła poinformowała mnie o czekającej płycie. Takie słabe znajomości ‘z widzenia’ też są ważne, wiem że ci ludzie mnie znają, nie jestem już tam tylko nieznajomym z dziwnym akcentem.

Monday, March 01, 2004
 
Pierwszy dzień marca przeleżałem w łóżku, znaczy na materacu. Maciek z rana wyszedł do szkoły i jeszcze nie wrócił. Dzisiejsze śniadanie i kolacje można by powiedzieć ufundowała nam Coline. Wczoraj dała nam smakołyki które im zostały z wczorajszego lunchu w kościele. Za oknem po raz pierwszy od paru miesięcy padał deszcz. Niestety wielu ludzi mówi że mrozy tu jeszcze wrócą...


Powered by Blogger