Kanada 2003/2004
Friday, April 30, 2004
 
Po drodze czekała nas niespodzianka przestawiania zegarków o jedna godzinę wstecz. Znaczy powiedzmy że wiedzieliśmy że dojeżdżamy na miejsce o 8:00 rano. Z wyczekiwaniem spoglądałem na zegarek i kiedy wydawało mi się że byliśmy już blisko trzeba było przesunąć zegarek wstecz i dalej czekać jeszcze godzinę na tą 8:00.
Do Winnipegu dotarliśmy rano. Bardzo podobał mi się wjazd do downtown pomiędzy wieżowce. Poza tym to miasto wydawało mi się przeogromne dlatego że przez ostatnie miesiące siedzieliśmy w malutkim TB.
Na dworcu autobusowym zjedliśmy śniadanie w postaci kabanosów i bułek. Następnie wyruszyliśmy na podbój miasta. Najsampierw udaliśmy się w stronę informacji turystycznej, następnie z mapami i ulotkami z każdego muzeum, teatru i galerii w mieście poszliśmy zwiedzać centrum. Na początku zdecydowaliśmy się wejść do Museum of Manitoba. Było ono rewelacyjne. Masa eksponatów z przeróżnych tematów i bardzo ładnie przedstawione. Statki, wigwamy, igla, łosie, bizony, niedziwiedzie polarne itd. Muzeum zaskoczyło nas swoim rozmiarem i chodziliśmy tam przez 3 godziny. Już z lekko obolałymi stopami poszliśmy na miasto.
Chodziliśmy tak po mieście prawie cały dzień. Na 23:45 mieliśmy zaplanowany odjazd więc do tego czasu udało nam się bardzo dużo zobaczyć. Miłym zaskoczeniem były darmowe shuttle które krążyły po mieście 3 różnymi trasami.
Na przystanku byliśmy świadkami niecodziennej sytuacji. Obok nas siedziała pani ze swoją córką i byli to natives. W pewnym momencie przyszedł koleś, ojciec rodziny, z papierową torebką. Wyciągnął jakieś kanapki pochowane po kieszeniach i zaczęli jeść. Chwile potem przyszła pani w fartuchu, pewnie jakaś ekspedientka z fast foodu, w towarzystwie dwóch kolesi z security. Pani wskazała palcem na tego kolesia co przed chwilą przyszedł z jedzeniem, i powiedziała że nie zapłacił za sałatkę i coś tam jeszcze. Goście zabrali im tą torebkę z jedzeniem. W ten czas ów koleś zaczął się jakoś tłumaczyć i powiedział że w takim razie zapłaci za to jedzenie. Potem pani ekspedientka, dwóch pracowników security oraz ten koleś o odeszli i więcej nic nie widziałem. Po jakimś czasie ten koleś wrócił, więc chyba łagodnie rozwiązali tą sprawę.
Do kolejki, przezornie, ustawiliśmy się już jako pierwsi, dlatego też mieliśmy siedzenie razem z przodu autobusu.

Thursday, April 29, 2004
 
Większość dzisiejszego dnia spędziliśmy na pakowaniu i przygotowywaniu się do wyjazdu. Mnie udało się spakować do dwóch walizek i jednego dużego plecaka oraz jednego małego. Byłem z tego wyczynu zadowolony dopóki sobie nie uświadomiłem że to o jeden bagaż za dużo. Znaczy na samolot nie wejdę z 3 dużymi bagażami. Teraz jednak nie ma to znaczenia bo jedną z walizek zostawiamy u Pentenych.
Wieczorem przyjechało po nas Todd z Melisą, jego siostrą. Zawieźli nas na przystanek Greyhounda który znajduje się może jakieś 10 od naszego domu. Na pożegnanie Todd dał nam płytę ze swoimi nagraniami. Trochę zamotani tym całym wyjazdem zapomnieliśmy zabrać jednej siatki z sokiem i jabłkami na podróż.
Na przystanku w Greyhounda trochę podobnie jak na PKSie – wszystko się klei, zmęczeni ludzie okupują sfatygowane siedzenia, tak trochę ponuro. Ustawiliśmy się ostatni w kolejce aby potem się przekonać że kolejność ma znaczenie i że będziemy wybierać ostatnie wolne miejsca w autokarze. Ja usiadłem koło takiego kolesia który wyruszył z Montrealu. Jego miastem docelowym było Prince George – dziura na północy BC. Jechał tam na sadzenie drzewek. W ogóle był to Murzyn i mówił z takim afro amerykańskim akcentem jaki można słyszeć na filmach. Z tego względu niektóre moje riposty miały postać uśmiechu i przytakiwania.
Greyhound operuje autobusami o trochę lepszym standardzie niż PKS. Są one jak te autobusy którymi podróżuje się na dłuższe dystanse po Europie. Niemniej jednak wiadomo że każde siedzenie po sześciu godzinach siedzenia staje się trochę niewygodne.
Przez Ontario podróżowaliśmy w nocy, więc niewiele było widać. Jakby tak spróbować streścić jak wygląda Dryden przez szybę pędzącego autobusu to wyglądało by to mniej więcej tak: las, las, las, Tim Hortons, przystanek Greyhounda, Policja, las, las, las. Kenora podobnie: las, las, las, Tim Hortons, przystanek Greyhounda, Policja, Staples, WesternFood, las, las, las. Oczywiście trochę przesadzam. Zatrzymaliśmy się w tych miejscach na parę minut ale jednak nie mogłem się oprzeć wrażeniu że to są kompletne dziury.

Wednesday, April 28, 2004
 
To nasz przed ostatni dzień w Thnder Bay - w podświadomości ciągle towarzyszy mi ta mylś. Z rana zabrałem się za czyszczenie roweru, po raz pierwszy z resztą. A to w celu marketingowym, w sensie żeby więcej za niego dostać od kolesia w sklepie z używanymi bicyklami. Zainteresowało to z nienacka Emily, która oznajmiła że Mike, jej chłopak, szuka roweru. Tym sposobem zutylizowaliśmy jeden z czterech naszych rowerów za 50$. Inne dwa są jedynie w trochę lepszym stanie niż ostatni, który już nie jest w żadnym stanie bo go nam ukradli.
Na uczelni poszliśmy się pożegnać z Judem i Quincy. Oni cełe lato przesiedzą na uczelni bo kończą swoje prace magisterskie. Zawitaliśmy również w bibliotece aby oddać ksiażki. Ja się obawiałem że skasują mnie za tą płytę która jakieś dwa tygodnie temu złamałem w jednej z ksiażek. Na szczęście koleś mi to odpuścił. Nie mniej niż 100 $ musiałbym zapłacić za nowe wydanie owej ksiażki.
Oglądaliśmy na necie również zdjęcia i mapy z Winnipeg i Reginy. Plan jest taki żeby jeden dzień - 12 godziń spędzić w Winnipeg a następnego dnia 6 przeznaczyć na zwiedzianie Reginy w ramach naszej podróży autobusem. Jakiś czas temu kupiliśmy już sobie kabanosy, jakieś batony i posostaje nam przygotowanie kanapek, to jednak zostaliamy sobie na jutro. Walizki i placaki jeszcze nie są spakowane, ale na to jeszcze jest czas. Część bagarzy zostawiamy w Thunder Bay u znajomego. Generalnie niecierpliwie wyczekuje tego wyjazdu. Pozostaje oczywiście wiele nie wiadomuch: jak tam będzie, jak wygląda mieszkanie, czy będziemy mieli jakąś dobra prace itd. Niemniej jednak myśl o tym że to jest Calgary, duże miasto z ogromnymi wieżowcami bardzo mnie cieszy. Wczoraj z resztą widzieliśmy ten skyline, a to ze względu na to że oglądaliśmy mecz Calgary – Detroit. No właśnie, ostatnio oglądamy też sporo playofów i oczywiście gorąco kibicujemy, już ‘naszym’, Flamesom z Calgary. Montreal sobie nie radzi z Tampa Bay (3:0), a dzisiaj Toronto rozgrywa pierwszy mecz u siebie przeciwko Philadelphi, ale oni też mają kiepski bilans (2:0). Calgary wczoraj zwyciażyło na własnym lodzie i jest 2:1. W każdym bądź razie nas te rozgrywki zinteresowały od kiedy na publicznej telewizji pokazują wszytkie mecze kanadyjskich drużyn.

Sunday, April 25, 2004
 
Dzisiaj udało mi się zdobyć szczyt góry McKay która znajduje się zaraz za miastem. Zanim jednak tam pojechałem wstąpiliśmy z Maćkiem do Grayhounda aby zakupić bilety do Calgary. No okazuje się że dostaliśmy całkiem niezły bilet. Możemy się tułać do Calgary przez 60 dni, w sensie że przez 60 dni mamy ten bilet ważny. Dlatego teraz poważnie zastanawiamy się czy by nie tak tego wyjazdu ustawić żeby móc poświęcić dwa dni na zwiedzanie Winnipeg i Reginy.
Co do tego wyjazdu, to po drodze na górę w jednej z biedniejszych dzielnic Thunder Bay trafiłem na aukcje umywanych samochodów. W jakim języku ci ludzie się tam porozumiewali pozostanie dla mnie tajemnicą. Na 3/4 wysokości McKay można było jechać po asfalcie. Ten najbardziej stromy podjazd na rowerze zajął mi 20 minut. Dojechałem do takiego parkingu skąd rozpościerał się wspaniały widok na Thunder Bay. Ostatnio to miasto z tej perspektywy widziałem z samolotu. Zrobiłem masę zdjęć Maćkowym aparatem i zaatakowałem szczyt góry. A Maciek dzisiaj ze mną nie pojechał ponieważ nie mamy już dwóch na tyle sprawnych rowerów żeby pod tą górę zajechać. Na szczyt prowadzą dwa traile. Jeden z północnej strony, i jeszcze jest oblodzony, oraz jeden z południowej. Wybrałem ten z północnej i żałowałem, lecz nie zrezygnowałem. Przy okazji zrobiłem parę fajnych fotek. Z resztą zdjęcia dzisiaj to robiłem co pięć kroków. Szczyt tej góry jest plastaky i duży, porośnięty jednak takimi małymi drzewkami, więc miejscami ciężko się po nim poruszać. Tam na jednej ze skał rozłożyłem swoje łakocie w postaci trzech kanapek z pseudo-salami, sprasowanego banana oraz jabłko. Gdy tak paskudziłem swój regeneracyjny przypałętała się wiewiórka. Była bardzo płochliwa bo nawet pstrykanie aparatu ją płoszyło. Udało mi się sfotografować ja pare razy, a nawet nakręcić krótki filmik. Póżniej jeszcze połaciłem troche po szczycie a następnie zszedłem na parking do roweru tą łatwiejszą ścieżką z południowej strony.
W drodze powrotnej przez miasto zahaczyłem jeszcze o Conservatory (ogród botaniczny) oraz jakiś park którego nazwę zapomniałem. Znajdowało się tam około 10 boisk do nogi i pół tuzina boisk do baseballa. Gdy tak sobie jeździłem bez celu po tym parku trafiłem do Confederation College. Z stamtąd już ścieżką rowerową dojechałem do uniwersytetu. Wcześniej w drodze przez miasto miałem okazje zobaczy sporo ładnych domów bo jechałem przez jakąś bogatszą dzielnice. Było tam pięknie. Domy te są budowane w różnych stylach i w zasadzie być może dało by się odgadnąć jakie korzenie mają jego mieszkańcy. Znaczy domy w dzielnicy włoskiej niedaleko której mieszkamy generalnie inaczej wyglądają niż te z tej dzielnicy przez która dzisiaj przejeżdżałem. Wydaje mi się że tamtą częś miasta zamieszkują ludzie których przodkowie pochodzą z wysp Brytyjskich.

Wednesday, April 21, 2004
 
Dzisiaj byliśmy u państwa Millerów żeby pomóc im w porządkowaniu ogrodu. Jest to starsze państwo, mieszkają dosyć daleko od miasta w ogromnym domu. To oni prowadzili spotkania FOCUSu. Clifton jest pastorem a Mary Lou jest pielęgniarką. Ogród mają spory, a przede wszystkim trawnik dookoła. Dom postawiony jest na bagnistym terenie, więc niektóre części trawnika, te niżej położone są permanentnie mokre. Clifton mówił że kiedyś myślano że tych terenów nie uda się zagospodarować a teraz stoi tam sporo domków na usypanych podwyższeniach. Żyją tam sobie bardzo dobrze. Niedawno odnowili sobie kuchnie, w piwnicy mają sporo antyków, a w garażu trzy samochody. Pochodzą z Ohio, ale mieszkali już chyba wszędzie w północnej Ameryce. Gdy posprzątaliśmy w ogródku, co sprowadziło się do grabienia liści, zjedliśmy posiłek. Następnie przy podwieczorku pooglądaliśmy TV.
Clifton jest miłośnikiem baseball-u. Zobaczyliśmy kawałek meczu Toronto – Boston zanim okazało się że dzisiaj rozgrywany jest ostatni mecz Toronto – Ottawa w hokeja. W każdym bądź razie ciekawie Clifton opowiadał o tym baseballu. Mieliśmy okazje zobaczyć zeszłorocznego MVP w akcji - pitcher Halladay z Toronto Blue Jays. Mówił że podczas meczu nikt do niego nie może mówić żeby go nie rozproszyć, nawet w przerwach. Pitcher to jest ten koleś co rzuca tym balikiem, ale jest on na tyle wyspecjalizowany że nic innego podczas meczu już nie robi – znaczy nie batuje. Dodatkowo Clifton opowiadał nam o takich szczegółach jak na przykład że ponoć lepiej jest być dla pitchera mańkutem jeśli bater jest prawo ręczny. Po prostu masa teorii i zasad do wydawało by się prostej gry.

Sunday, April 18, 2004
 
Cały dzisiejszy dzień lało a nawet chwilami gradziło. Popołudniu przyszła do tego burza i sporo trzaskało. Popołudniu pojechałem do Pentenych a Maciek został aby się przygotowywać to egzaminu. Zdaje się że wczoraj sobie uświadomił że dziewiętnastego to jest już juto a nie we wtorek więc ma trochę mniej czasu na naukę niż sobie to planował. Wieczorem zobaczyliśmy dogrywki szóstego meczu playoffów meczu Ottawa – Toronto. Skończyło się na tym że Ottawa podtrzymała swoje szanse na dalszą grę strzelając w drugiej połowie dogrywki złotą bramkę. Teraz ogólnie rzecz ujmując jest 3:3, a ostatni mecz będzie w Toronto. Ten mecz był dzisiaj najważniejszym wydarzeniem w całym Ontario.
Saturday, April 17, 2004
 
Na 1:30 pm poszliśmy na przystanek przed Agorą – dzisiaj po raz ostatni spotykaliśmy się z grupą FOCUS. Z mila którego otrzymaliśmy tydzień wcześniej zrozumiałem że pojedziemy do jakiegoś ogrodu botanicznego i na mini golfa. Okazało się jeszcze że przewidziano na tą okazję wyjazd na Kakabeka falls oraz obiad u Millerów .
Ogród botaniczny był dosyć mały ale gęsto zarośnięty. Wiele tropikalnych drzewek o przeróżnych kształtach, ogromnych liściach. Była też część z samymi kaktusami oraz z samymi kwiatami. Wtargnęliśmy tam ekipą piętnastu osób. Statystycznie rzecz biorąc, każda z nich z połową aparatu cyfrowego. Zdjęć i filmów zrobiono tam masę, w zasadzie zwiedzanie polegało na przesuwaniu się z pod krzaczka pod następne drzewko za każdym razem robiąc zdjęcie, nie wspominając już o sesji na mostku i koło wodospadziku.
Następnie pojechaliśmy do Golf Dome. Jest to ogromny balon w który jest w środku podzielony na dwie części. Jedna z części przeznaczona jest dla golfiarzy którzy trenują sobie takie dalekie odbicia, a w drugiej urządzono mini golfa. Na jakiej zasadzie ten balon działa, w sensie dlaczego ten dach się trzyma u góry tego nie wybadałem. Gra w mini golfa była bardzo przyjemna chociaż niektórzy z nas byli już chyba nią trochę znudzeni. Mnie jednak się gra podobała do samego końca.
Następnie ku naszemu, Maćka i mojemu, zaskoczeniu pojechaliśmy do Kakabecka falls. Jechaliśmy tam trzema autami, a nam wypadło jechać z Quincy, Judem (który tą Altimę na weekend wypożyczył) oraz Jasonem. Ten wodospad jest jakieś 30 km od Thunder Bay. Gdy jechaliśmy trochę rozmawialiśmy i Jude mówił że do Kanady przyjechał w wieku 18 lat. Tutaj znalazł o wiele więcej wolności niż w swojej ojczyźnie – Sri Lance, mówił też o strachu, z którym żył przez te 18 lat, a z którego bardziej dał sobie sprawę dopiero po wyemigrowaniu. Miał on związek oczywiście z wojną domową w tamtym regionie.
Jason, Kanadyjczyk, pytał się również co to jest ten cultural shock i jak oni go przeżyli. Quincy i Jude przyznali że tutaj się z tym przesadza. Je też z resztą tak myślę, chociaż do mnie odnosi się to w mniejszym stopniu. Tego by brakowało żeby ludzi zaczęli straszyć jakimś szokiem kulturowym...
Jason mówił też trochę o native Canadians i ich sytuacji w Kanadzie. Mają oni wiele ulg i przywilejów, ale ogromna część z nich źle ją wykorzystuje - nie tak jak to sobie rząd wymarzył. Maciek słusznie zauważył że na uczelni stosunek nativów którzy edukację, nawet na uniwersytetach, mają za darmo do Chińczyków, którym dostać się na Kanadyjską uczelnie musi być trudno, do jest znikomy. Ja na uczelni takich studentów widziałem dosłownie kilku, podczas gdy połowa ludzi na zajęciach to azjaci.
Kakabeka falls jest to ogromny wodospad. Nie wiem jakie są jego parametry ale jak dla mnie po prostu jest to olbrzym. Zdaje się drugi w Kanadzie, po Niagarze, ze względu na ilość przepływającej wody. Bardzo mi się on podobał.
Na końcu dnia pojechaliśmy do Cliftonów. Jak zawsze zjedliśmy bardzo dobry lunch oraz podwieczorek. Jako że rozstawaliśmy się już z tą grupą, mówiliśmy o swoich planach na nadchodzące wakacji oraz na dalszą przyszłość. Wychodzi na to że tylko jeden ze wszystkich Chińczyków planuje wrócić reszta zostaje.
Friday, April 16, 2004
 
W szkole dzisiaj trochę bawiliśmy się Maćka aparatem, ciągle jeszcze zafascynowani nowymi funkcjami. Ja dalej pisałem swój applet w Javie, a Maciek szukał dalej jachtów które mają plan płynąć do Europy oraz przygotowywał się trochę do następnego egzaminu.
Thursday, April 15, 2004
 
Nasz dzień zaczęliśmy od zakupów w Intercity Mallu – największym mallu w mieście. Maciek kupił sobie aparat cyfrowy w Searsie.
Następnie pojechaliśmy do Greyhounda nastawieni już na zakup biletów do Calgary. Pani w okienku jednak powiedziała że bardziej się nam opłaca pojechać w ramach Companion Fare (czyli druga osoba za 15$) niż korzystać ze zniżki przy zakupie biletów z dwu tygodniowym wyprzedzeniem . Jak tam byłem ostatnio to pan w okienku mówił że jest na odwrót ale to może ja się pomyliłem. Strasznie dyktował ceny. Gdyby na teście TOEFL puszczano takie rozmówki jak z tym kolesiem z Greyhounda to myślę że uniwersytety kanadyjskie były by dzisiaj bez internationali. Podobnie z resztą jest z tymi wiadomościami nagrywanymi na automatyczne sekretarki – tego to pewnie i sami Kanadyjczycy nie rozumieją.
W każdym bądź razie biletów nie kupiliśmy ponieważ te ze zniżką Companion Fare można kupić na trzy dni przed podróżą więc mamy jeszcze sporo czasu.
W szkole Maciek zarejestrował swój nowy zakup na stronce Sony.ca i dostał 20$ rabatu na kolejny zakup. Oczywiście sam aparat oglądaliśmy z każdej strony, wszystkie knefliki i funkcje posprawdzaliśmy. Bardzo fajna sprawa ten aparacik.
Dostaliśmy też dzisiaj odpowiedź na to ogłoszenie które wczoraj Maciek wysłał. Jakaś ekipa organizuje regaty dwóch jachtów z Karaibów do Kołobrzegu...

Wednesday, April 14, 2004
 
Udałem się dzisiaj do biblioteki aby oddać książki. W jednej z nich nieszczęśliwie złamałem płytę. Pani za ladą po konsultacjach z panem za ladą stwierdzili że będę im musiał taką samą odkupić, a jeśli takich osobno, bez książki, się nie sprzedaje to dodatkowo będą wymagać ode mnie książki. Jestem niezadowolony z ich decyzji bo płyta ta już jest stara (Java 1.1) i generalnie wszystko co tam jest można ściągnąć z netu. Natomiast cena nowej książki na Amaznonie jest dosyć wysoka.
Dostaliśmy dzisiaj emaila od Patryka żeby na początku maja przyjechać do Calgary.
Maciek zawysłał dzisiaj ogłoszenia emailem na stronę polskiego klubu żeglarskiego w Kanadzie oraz do jakiś serwisów typu crewFinder że szukamy jachtów które zabrały by nas z powrotem do Europy pod koniec tego lata. Może coś z tego wyjdzie, z akcentem na może.

Tuesday, April 13, 2004
 
Powoli zaczynamy liczyć dni do wyjazdu do Calgary. Prawdopodobnie pojedziemy autobusem. Greyhound to jest taki tutejszy PKS. W zasadzie to chyba jest amerykańska firma (co tu nie jest z Ameryki !?). Pamiętam jak kiedyś się zastanawiałem co to jest ten Greyhound w piosence ‘America’ Simona & Garfunkela. W każdym bądź razie mają tu różne deale no i jeden z nich polega na tym że kupuje się bilet dwa tygodnie przed wyjazdem, inny że kupuje się bilet na dwie osoby i wtedy druga płaci tylko 15$ do tego jeszcze jest 10% zniżka dla studentów. Można też znaleźć samoloty w podobnych cenach, my jednak chcemy zobaczyć te prerie. Każdy nam mówi że nie ma czego oglądać i że raz nam wystarczy. Jak by nie było będzie to podróż przez dwie strefy czasowe i dwie prowincje (nie licząc Alberty). Autobus jedzie także przez Edmonton i zatrzymuje się tam na trzy godziny. Ponoć droga jest przez większość czasu prosta, dookoła płasko i bezdrzewnie. Słyszeliśmy również anegdotkę o głupim Amerykaninie (jak ktoś ma być głupi to musi pochodzić z lower Canada) jadąc przez prerie zasugerował się opowiadaniami kolegów i położył sobie cegłę na pedale gazu, zablokował kierownice i poszedł spać na tylnie siedzenie. Niby ta historia była na fakcie i miał być znaleziony rozbity w jakimś rowie...
Maciek dzisiaj rano napisał egzamin i z tego co rozumiem jest w miarę zadowolony. Ja sobie w szkole czytałem książkę do Javy. Wieczorem zobaczyliśmy fajny film z H. Fordem i Tomy Lee Jonsem.

Monday, April 12, 2004
 
Maciek cały dzień przygotowywał się do jutrzejszego egzaminu. Ja natomiast po wizycie w ATACu pojechałem sobie trochę pojeździć po okolicy. Pojechałem do portu w centrum miasta. Lód jeszcze trzyma się przy brzegach i nigdzie nie widać żadnych jachtów. Wiało dzisiaj bardzo mocno i zimno więc krótko tam byłem.
Po powrocie do domu przygotowałem ogromną ilość surówki - zapełniły się aż dwie miski. Gdy przyjechał Maciek z uczelni przygotowaliśmy sobie dobry obiad. Później gdy tak siedzieliśmy z pełnymi brzuchami zaczęliśmy się zastanawiać nad tematem Maćkowej pracy magisterskiej. Propozycje padały od tych bardziej ogólnych tematów jak ‘Piniądz’, ‘Świat wczoraj, dzisiaj i jutro’ po bardziej konkretne np.: ’Ceny frytek na Pomorzu’, ’Mała gastronomia kołem zamachowym gospodarki’, ’Z serii Dylematy Maszynisty: Polska jako rozpędzony pociąg – gdzie szyny ?’, ‘Marek Pol i polskie autostrady’.
Od jakiegoś czasu mieszka z nami Gonzo syn Gepetta i Gesominy. Bardzo zabawny koleś. Pod nieobecność Maćka sypia w jego śpiworze. Czasem włazi do kieszeni kurtki, do butów, pod poduszkę itp. Mówi niewiele, może to dlatego że ma pełne usta – ma permanentnie wydęte policzki. Najbardziej jednak podoba mi się jego głupkowaty uśmiech i zezowate, wyłupiaste gałki oczne. A dzisiaj nawet nadzorował proces przygotowywania obiadu.
Wieczorem upiekłem ciasto oraz zobaczyłem sobie ‘The seventh seal’ Bergmana.

Sunday, April 11, 2004
 
Pierwszy raz widziałem w Kanadzie kościół pełen ludzi, w sensie że zapchany. Zabrakło miejsca na parkingu jak i nawet miejsc stojących w kościele.
Na 3:00pm poszliśmy do mojej cioci na obiad. Przyszła tam również Nancy Ewachow która na początku naszego przyjazdu pomogła nam zorientować się w terenie i oprowadziła po campusie. Przyszła również jeszcze jedna pani ze swoim synkiem których nie znaliśmy. Dobrze sobie pojedliśmy, pooglądali trochę hokej. Na piątą ciocia nas do Safewaya gdzie tym razem ja zostałem pracować.

Saturday, April 10, 2004
 
Rano na szczęście nogi mnie tak nie bolały jak się tego spodziewałem. Pojechałem na uczelnie żeby sobie z rodziną pogadać przez Skypea. O 5:00 pm spotkałem się z Maćkiem w bibliotece miejskiej i udaliśmy się na zakupy do Safewaya. Kupiliśmy sobie dobry chleb i wędlinkę na święta. Wieczorem udaliśmy się do kościoła. Tak jak przy innych większych świętach msza była odprawiana po włosku i angielsku. Później zostaliśmy zaproszeni na kawę i ciasto do przykościelnej hali. Za oknami sypał śnieg i panował raczej bożonarodzeniowy klimat.
Friday, April 09, 2004
 
O 10:40 podjechał pod nasz dom pan Kazik. Podwiózł nas do safewaya. Na parkink podjechało jeszcze jedno auto z którego wysiadł menager safewaya i otworzył nam główne wejście. My tego kolesia kiedyś już spotkaliśmy gdy szukaliśmy mieszkania. Oferował nam on wtedy ciemną, zagrzybiałą norę za 500$ miesięcznie. Nie rozmawialiśmy z nim wcale tylko od razu zabraliśmy się do roboty.
Dostałem wiadro z waksem. Po krótkim instruktażu pana Kazika sam zacząłem waksować po kolei alejki. Maciek w tym czasie mył podłogę lub przestawiał różne rzeczy żeby nie przeszkadzały w waksowaniu. W każdej alejce najpierw trzeba było przejechać mapą pod półkami a następnie środek alejki pomiędzy tymi półkami. Jak już skończyłem ostatnią pan Kazik powiedział mi żeby położyć drugą warstwę. Myślę sobie, jasna sprawa dwie warstwy muszą być. Gdy, trochę znużony już tym machaniem, znowu kończyłem ostatnią alejkę pan Kazik powiedział żeby położyć trzecią warstwę. W trakcie kładzenia tzreciej warstwy, zrobiliśmy sobie przerwe na posiłek – zjedliśmy pizza popy z mikrofalówki.
Po krótkiej regeneracji zabraliśmy się dalej do roboty. Kończąc trzeci ‘kołt’ - jak to mawia pan Kazik, miałem nadzieje że dostanę jakąś inna robotę. Niestety z mapą i waksem nie rozstałem się już do końca dnia. Przyszła bowiem pora na kładzenie 3 warstw w poprzecznych alejkach, w warzywniaku, piekarni i deli. Na piekarnie i warzywniak w Safewayu przeznaczono dosyć sporo powierzchni więc łażenia tam było sporo. Im dłużej robiłem tym bardziej denerwowała mnie reklamy na okrągło puszczana z głośników, np. :’Your Nose is the first one to tell you the cake is ready, or this shirt is freah out of the drayer. So, thank your nose for years of service and buy…’. Gdy doszedłem w końcu do tej części sklepu gdzie znajduje sie piekarnia i deli nogi, a zwłaszcza stopy mnie bolały. Chyba ubrałem nieodpowiednie buty do chodzenia tak długich dystansów. Po trzeciej warstwie w zasadzie reklamami już więcej się nie przejmowałem, wszystkie moje myśli krążyły wokół jednego pytania: ’Kiedy kończymy?’ Zbliżała się już jedenasta gdy skończyłem kładzenie trzeciego kołtu w piekarni z nadzieją to już koniec. Niestety myliłem się, trzeba było jeszcze raz przejechać kwiaciarnie oraz okolice przy wejściu. Machałem przez około 40 minut i potem wreszcie sobie usiadłem. Odpoczywaliśmy razem z panem Kazikiem siedząc na krzesłach przy głównym wejściu. On spędził ten czas na opróżnianiu jednej puszki Selecta za 50 centaczy oraz utylizowaniu jednej fajki. Gdy tak siedziałem moje nogi zamieniły się w drewniane sztachety i jak dla mnie skończyło się normalne chodzenie tego dnia. Od tego momentu gdy posuwałem się po korytarzach to tak jak bym chodził na szczudłach. Pan Kazik wręcz przeciwnie, chociaż on też cały dzień latał po sklepie, chodził zupełnie normalnym krokiem. On jeszcze waksował alejkę przy kasach dwa razy, podczas gdy ja nie czułem się na siłach żeby zrobić coś więcej jak tylko włączać i wyłączać dmuchawę. Około dwunastej zaczęły się kludzić, jak to pan Kazik mawia majtki, czyli robotnicy którzy ustwiają zasoby na sklepowe półki. To oznaczało koniec naszej roboty, ponieważ nie można waksować gdy po sklepie chodzą ludzie którzy mogli by wdepnąć na świeżo położoną warstwę. Pozbieraliśmy graty i wynieśliśmy się ze sklepu.
Gdy tak siedzieliśmy zadowoleni ze skończonej roboty, w wygodnych fotelach, pan Kazik poinformował nas że go jeszcze czeka tej nocy sprzątanie w restauracji. Ja po prostu nie potrafię sobie wyobrazić jak można po tak długim dniu pracy w ogóle myśleć o dalszym sprzątaniu, w sensie dalszym chodzeniu. W tym momencie zburzył cały autorytet Roberta Korzeniowskiego. Pan Kazi chodzi od niego prawie sześć razy dłużej – 22 godziny, a po tych trzynastu w ogóle nie dało się zauważyć najmniejszego znaku zmęczenia – nogi ze stali!

Thursday, April 08, 2004
 
Większość dnia spędziłem w domu przerabiając książkę o Javie.
Wieczorem poszedłem na msze. Zaraz po wejściu od kościoła nadtrawiłem na fathera Lino który poprosił mnie żebym dał sobie umyć nogi bo im brakuje ludzi. Ustalili że w tym roku będą to ludzie po bierzmowaniu, no i chyba im takich w dzisiejszy wieczór zabrakło. Nikt mi nigdy wcześniej w kościele nóg nie mył więc było to dla mnie coś nowego.
Dzwonił dzisiaj również pan Kazik i powiedział że mamy jutro robotę od 10:30.

Wednesday, April 07, 2004
 
Dzisiaj było znowu tak ciepło że można było jechać na uczelnie bez kurtki. W drodze powrotnej zahaczyłem o Salvation Army. Dałem się skusić na bluzę z ładnym logiem i napisem voleyball Canada. Długo też zastanawiałem się na bluzą z napisem Lakehead University. Wielu ludzi tu takie nosi. Jeszcze do tego spodnie i dresik już w komplecie. W Polsce chodzenie nie w dresie na uczelnie nie jest w modzie, tutaj natomiast nikt przed tym nie ma oporów. Podobnie z resztą było w High School.
Tuesday, April 06, 2004
 
Z rana zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć aparatem cyfrowym w drodze do szkoły. Niestety mój plan sfotografowania wszystkich budynków na campusie nie powiódł się ponieważ wyczerpały się baterie. Odnieśliśmy więc aparat Juda, obiecał nam że wrzuci nam te zdjęcia na server jeszcze dzisiaj w nocy.
Wcześniej byłem jeszcze w uczelnianej pielęgniarki. Chciałem sobie zbadać wzrok, ponieważ dowiedziałem się że dzięki ubezpieczeniu UHIP przysługuje mi takie darmowe raz na dwa lata. Poszedłem do niej ponieważ miała mi ona doradzić jakiś dobrych okulistów w mieście. Teraz jednak myślę sobie że nie pójdę bo wole mieć tą jedną wizytę za darmo jeśli rzeczywiście coś się stało. Jestem trochę ciekaw jak tu działa służba zdrowia, dzisiaj jednak musiałem sporo czekać w kolejce do pielęgniarki więc odechciało mi się dalszych inspekcji. Zadzwonił dzisiaj pan Kazik i powiedział że waks już jest ale robotę dla nas będzie miał dopiero w piątek.
Z samego rana odebrałem śmieszny telefon. Mary Lou pytała się czy powodem dla którego myślimy o powrocie na jachcie jest to że nie mamy zapewnionego żadnego innego środka transportu. Ostatnio gdy wracaliśmy samochodem Clifton, jej mąż, nie załapał do końca o co Maćkowi chodziło więc stąd to pytanie.
Zapomniałem wczoraj napisać że kupiłem sobie cztery książki Steinbecka za jedyne 15 zł. z czego jestem rad.
W dzisiejszy wieczór urodziła się we mnie dusza Kanadyjczyka. Jak nigdy wcześniej czułem się związany z tym państwem, z tą ziemią i tym lodem. A wszystko po to żeby móc powiedzieć :’Dzisiaj reprezentacja mojego kraju wygrała po raz 9 z rzędy mistrzostwa świata w hokeju na lodzie’, chodzi o reprezentacje kobiet oczywiście. Teraz na powrót czuje się Polakiem, ale miło było przez te kilka chwil poczuć smak zwycięstwa. Słuchaliśmy relacji z Halifaxu na żywo w CBC Radio 1. Później zobaczyliśmy sobie film A. Holland ’Europa Europa’.

Monday, April 05, 2004
 
Maciek ostatnio wziął się za projekt znaczka uniwersytetu. Ogłoszono konkurs i pierwszą nagrodą jest 200$. Dzisiaj pożyczył od Quincy aparat cyfrowy żeby zrobić zdjęcie ATACu żeby je potem wkomponować w znaczek. Ja potem ten aparat sobie wziąłem i pojeździłem po mieście robiąc zdjęcia. Pierwszy raz robiłem zdjęcia takim aparatem i jest to dla mnie rewelacja.
Przy okazji byłem w Greyhoundzie (coś jak PKS) popytać się o ceny biletów do Calgary, oraz w Canadian Tire naostrzyć sobie łyżwy. Lody wszędzie stopniały, sezon się skończył i chyba mogę je już do walizki spakować.
Wieczorem zobaczyłem sobie ‘La Strade’ Felliniego z Anthony Quinnem.

Sunday, April 04, 2004
 
Dziś imieniny miesiąca, dodatkowo mamy także dziś daylight savig time. Rano, dopóki nie włączyłem komputera, żyliśmy w innej strefie czasowej przez co spóźniliśmy się na mszę.
Po kościele skoczyliśmy do Tima Hortonsa na śniadanie. Wedle zwyczaju spaskudziliśmy 10% Maćkowego incomeu z turnieju szachowego. Popołudniu mieliśmy jechać do Pentenych, ale jako że im zmieniły się plany, zaproponowali nam żebyśmy spędzili popołudnie razem z Todem.
Duży, nowy budynek posłużył jako miejsce spotkania sporej ilości młodzieży. Oczywiście znowu okazało się że jest to kościół. Tak naprawdę niczym się to nie różniło od dobrze wyposażonego teatru. Z cyfrowego rzutnika podwieszonego pod sufitem, na ogromny ekran opuszczony w miejscu kurtyn, rzucano filmy i teksty piosenek . Nagłośnienie doskonałe. Z oświetlenia też robiono doby użytek. Na scenie perkusja, elektroniczne organy, telewizory and whatnot. Tod wspomagał kapele stukając w mały bębenek, który zapomniałem jak się fachowo zwie. Muzyka popowo rockowa opatrzona pobożnym tekstem. Centralnym punktem spotkania był wykład młodego pastora z podwójnie zaobrączkowanym lewym uchem. Na wejście rzucono na ekran tytuł wykładu ‘How to have a good sex?’. Intencje pewnie miał dobre, ale mnie nie podobało się wszystko co mówił. W pewnym momencie nazbierały mu się nawet łzy w oczach. Wcześniej wspomniał że od dziesięciu lat już prowadzi ten wykład. Czy zatem przez te dziesięć za każdym razem autentycznie wzrusza się w tym danym momencie speachu? Maćka irytował fakt że koleś ‘zapomniał’ źródła danych statystycznych które przytaczał. Dodatkowo był obdarzony darem poznania Bożej woli. Następnie wyświetlono film który przedstawiał faceta w trakcie wykonywania kolejno różnych czynności, lekko przygłuszony rockową muzyką, opowiadającego o miłości. Zaczęło się od prowadzenia samochodu. Po jakimś czasie zatrzymał się w środku pola, wyjął dwa kanistry z bagażnika i ciągle paplając poszedł z nimi w pole. Tak telepiąc się z nimi trochę powędrował, ‘przez pola bezdroża i łąki’, zanim doszedł do ogromnej sterty ściętych drzew. Stos był naprawdę ogromy. Podczas gdy nadal nawijał, wszedł na szczyt, poklei wszystko zalewając beną. Konkludując swoją wypowiedź podpalił całość. Fojera była gigantyczna. Po filmie pastor dorzucił parę słów coby zachęcić młodzież do partycypacji w worshipie. Teraz mieliśmy okazje zobaczyć całość mini koncertu bo na pierwszą część, przed wykładem, się spóźniliśmy. Muzyka był to dobry pop – chwytliwy i prosty. Zagrany na wysokim poziomie. Na wielkim ekranie pojawiał się tekst piosenek. Tło się zmieniało, miało to postać czegoś w rodzaju słodkich wideoklipów: kwiaty, góry, woda, jakaś postać szczęśliwego człowieka biegnącego do słońca i takie tam. W przerwach pomiędzy piosenkami zamglona postać ukrzyżowanego Jezusa zajmowała ekran. Wielu ze zgromadzonych czynnie brało udział w koncercie skacząc, tańcząc tak w miejscu, unosząc ręce do góry lub tylko stojąc. Ten sposób zachowania nam nie odpowiada, lecz pewnie jest to w dużym stopniu kwestia kultury. Byli to ludzie głównie w wieku licealnym oraz kilku studentów. Po ‘przedstawieniu’ i innej sali można było sobie zjeść pizzę, pograć na komputerze lub po prostu pogadać. Nas ta część niestety minęła ponieważ Tod wracał od razu do domu. Po drodze wyjaśniał nam że to nie jest ich jedyny service w niedziele i że mu osobiście to nie do końca odpowiada, że temat trafił nam się dzisiaj wyjątkowy - woli spokojniejsze kościoły. Tylko co to jest kościół, gdzie jest granica spokojności i dlaczego mu się ten wykład w zasadzie podobał ? Moim zdaniem wygląda to na to że młodzież jest odgórnie sterowana, przynajmniej w pewnym stopniu. Jest to nawet podobne do Orwellowej koncepcji two minutes of hate– tłum, ekran i sterowanie emocji.
Wieczorem gdy rzucaliśmy się ręcznikiem do naczyń, Maciek trafił w mój kubek z kawą. Było to zabawne bo część jego zawartości wylądowała na ścianie.

Saturday, April 03, 2004
 
Po powrocie ze szkoły zobaczyłem dwa filmy. Pierwszy w miarę krótki, niemy film Drayera ‘Passion of Joana Darc’. Następnie razem z Maćkiem ekranizacje ‘Grapes of wearth’. Obecnie wczytuje się w interpretacje Steinbeckowej powieści dlatego ten film, choć był tylko wariacją na ten temat, znacznie pomógł mojej wyobraźni.
Friday, April 02, 2004
 
Dzisiaj miały miejsce już ostatnie zajęcia. Przyszły tydzień to study week a potem już tylko egzaminy. Efekty swojej pracy pokazywały ostatnie dwa teamy które zajmowały się wizualizacją. Jeden team zrealizował swój projekt w Javie, drugi za pomocą OpenGla. Oba programy jak i prezentacje były niezłe. Po zajęciach ekipa zaczęła sobie robić zdjęcia bo były to ich ostatnie zajęcia na Lakehead. Zaprosili mnie również ze sobą do Outpostu, uczelnianego pubu. Jako że była to ekipa rodowitych Kanadyjczyków, znaczy takich europejskiego pochodzenia, miałem okazje posłuchać przeróżnych historii w czystym kanadyjskim angielskim. Było tam sporo slangu, ale udawało mi się podążać za tematem rozmowy. Mnie trudno było znaleźć wspólny temat bo ekipa wspominała czas studiów na LU, ale byłem zadowolony że udawało mi się w dosyć luźny sposób wtrącić parę zdań – to wcale nie jest takie łatwe.
Później w stołówce spotkałem Maćka grającego kolejny turniej szachowy. Zajął ex aequo pierwsze miejsce.
Wieczorem pojechaliśmy do Mellerów na ostatnie spotkanie FOCUSowe. Zjedliśmy dobrą pizze i sporo pogadaliśmy. Hitem dnia była opowieść Stelli. Kilka dni temu w Vancouver, gdy była na pokładzie samolotu do Pekinu zdecydowała że nie chce wracać do Chin, że nie chce zostawiać swojego męża samego w Kanadzie. Wróciła do Thunder Bay. Stella w ogóle jest bardzo sympatyczna i zabawna. Bardzo dużo gestykuluje, a robi to w zabawny sposób, dużo mówi, choć jeszcze nie płynnie i czasem nie do końca rozumie co się do niej mówi. Przykładowo wczoraj gdy ustalaliśmy datę spotkania Mary Lou powiedziała :’Well, let’s set the date’, a Stella na to: ’Saturday? OK’.

Thursday, April 01, 2004
 
Niedawno przeczytałem w information bulletin, który co jakiś czas dostajemy e-mailem, że dzisiaj w uczelnianej imprezowni jest organizowany appreciation day. Polega on generalnie na tym ze rozdają za darmo jedzenie, do tego jest muzyka na żywo i losowanie nagród. Gdy tam przyszliśmy dostaliśmy kupony z numerkami na losowanie, za które dostaliśmy również jedzenie. Załadowaliśmy nasze papierowe talerze warzywami, frytkami, smażonymi cebulkami w panierce oraz chipsami. Usiedliśmy na piętrze i z góry obserwowaliśmy scenę. Szkoda tylko że jest to wszystko płaci się w ramach tzw. Activity fee. Pewnie wielu studentów, którzy opłacili swoje składki, nawet się o tym nie dowiedziała że takie rzeczy się w Outpostcie dzisiaj działy.

Powered by Blogger