Kanada 2003/2004
Wednesday, May 19, 2004
23:33 właśnie wróciliśmy z pubu gdzie oglądaliśmy szósty mecz finałów zachodniej konferencji. Mecz przy stanie 2:3 (dla Calgary) rozgrywano w Saddledom w Calgary. Teraz jeszcze przez otwarte okno wdziera się muzyka i okrzyki kibiców oraz słychać klaksony przejeżdżających samochodów, świst śmigieł policyjnego helikoptera krążącego nas miastem. To ze względu na to że po raz pierwszy od piętnastu lat reprezentacja tego miasta weszła do finałów pucharu Stanleya. Po raz kolejny oglądaliśmy świetny mecz, przy doskonałej atmosferze i niedogodnych miejscach.
Wiadomo że hokej to jeden z dwóch sportów narodowych w Kanadzie. Mieszkańcy tego miasta są strasznie dumni że to akurat ich miasto będzie gościło rozgrywki finałowe ligi. Odkąd tu jesteśmy, ilość samochodów z nalepkami, flagami płonącego ‘C’ ciągle wzrasta. Na mecze do pubu i na stadion przychodzi tyle samo kobiet co mężczyzn – bawią się wszyscy. Dzisiaj na kilka godzin przed meczem pojechałem sobie przed Saddledome, (hala sportowa która wybudowano na igrzyska w kształcie siodła) a tam już smażono hamburgery, malowano kibiców, sprzedawano flagi, kaski i inne gadżety. Oczywiście w tym mieście kowboi nie mogło również zabraknąć kapeli grającej country. Tak, jest to niewątpliwie wielkie święto dla tego miasta.
Dwa dni temu po wygranej Flamesów w San Jose pojechałem sobie na 17 ave i wmieszałem się w tłum świętujących kibiców. Maćka aparatem porobiłem kilka zdjęć, ale niewiele na nich widać bo ma on są słabą lampę błyskową. W każdym bądź razie trochę się poprzeciskałem w jedną, a potem w drugą stronę ulicy i zobaczyłem sobie te miejsca które najczęściej pokazywane w relacjach telewizyjnych po meczach Calgary Flames.
Siedzę sobie na karimacie i popijam wodę z pięcioma kostkami lodu, a to dlatego że ostatnimi czasy temperatury są bardzo wysokie, około 25C. Co ciekawe za dwa dni znowu zapowiadają opady mokrego śniegu. Generalnie to jest tak że stan pogody zależy od tego jak zawieje. Wiatry z zachodu przynoszą ciepłe powietrze, a wiatry północne śnieg. Kierunek wiatru zmienia się jednak w miarę szybko.
Jakiś tydzień temu kupiłem sobie bicykl w Canadian Tire. Od tego czasu udało mi się sporo tego miasta zobaczyć. Byłem na skoczniach olimpijskich i torze saneczkowym, pojeździłem po północno wschodniej części miasta, objechałem Glanmour Lake. Jakieś dwa dni temu kupiłem sobie mapkę z trasami rowerowymi bo jak mi kilka osób już mówiło jest ich tutaj sporo. Są dosyć zadbane, ale ich główną zaletą jest to że dzięki nim można zajechać niemal wszędzie. Większość z nich to takie osobne asfaltowe dróżki z żółtym pasem pośrodku. Pozostałe części są położone w takich dzielnicach gdzie aktualna zabudowa nie pozwalała już na dodatkowe ścieżki. Postawiono na ulicach po prostu dodatkowe tabliczki dla rowerzystów, nie fatygując się nawet aby domalowywać jakieś pasy.
W mieście można znaleźć wiele pozostałości po olimpiadzie z 88 roku. Saddledome, tor łyżwiarski i stadion na campusie uniwersytetu, skocznie, tor bobslejowy, olympic place w centrum miasta wyłożone cegłówkami z wygrawerowanymi nazwiskami, jak się domyślam, uczestników owych igrzysk. Gdy oglądałem sobie z bliska ów tor saneczkowy wyczytałem z tabliczek informacyjnych iż ma on około 2 km długości. Zaskoczyło mnie że system zmrażający ową rynnę składając się z 80 km rur, o średnicy jednego cala, jest w stanie przez jeden dzień wyprodukować 1250 ton lodu. Stojąc tak nad nim próbowałem sobie wyobrazić jak by się tam jechało na sankach gdyby to było zamrożone – bałbym się. Profesjonaliści niby tam grzeją 130 km/h.
Właśnie słucham sobie kojącej muzyki Pata i Charliego Hadena z płyty ‘Beyond the Missouri Sky’ – wyśmienicie. Kilka dni temu zapisałem się do biblioteki publicznej, niestety nie za darmo jak w Thunder Bay. Bardzo mi się podoba system informatyczny jaki tu mają zaimplementowany w bibliotekach. Podobnie jak w Thunder Bay książki, płyty, kasety można sobie zamawiać przez internet do któregokolwiek oddziały w mieście. W Calgary jednak strona www wydaje się być bardziej przyjazna dla użytkownika oraz oczywiście zasoby są znacznie większe.
0:33 za oknem nadal słychać radosnych kibiców ale ja już kładę się spać.
Wednesday, May 12, 2004
Dzisiaj mam wolne bo nie ma roboty. Na razie cały czas robiłem z Partykiem, a Maciek z Radzikiem (Grzegorzem). Dzisiaj się zamieniliśmy bo u Grzegorza jest zazwyczaj mniej roboty .
Przedwczoraj skończyliśmy robotę na Etiopii. Wczoraj machnęliśmy jedno mieszkanie niedaleko nas, a potem pojechaliśmy na kolejny mecz Flamesów. Rozgrywali oni drugi mecz w San Jose w ramach finału zachodniej konferencji. Rozgromili Sharksów 4:1, choć do połowy trzeciej tercji było 2:1. Radzik zamówił stół i zjechało się tam sporo jego znajomych Polaków.
Sunday, May 09, 2004
Dzisiaj znowu pada śnieg choć dwa dni temu znowu się ociepliło po ostatnich opadach. Jako że niedziele zrobiliśmy sobie wolne od pracy poszliśmy dzisiaj na miasto. Mają tutaj, podobnie jak na campusie w Lakehead, wiele budynków w centrum połączonych specjalnymi korytarzami, także nie trzeba wychodzić na zewnątrz. Sieć tych korytarzy jest tak spora że można w zasadzie zajść w większość miejsc w downtown nie wychodząc na dwór. Nazywa się to wszystko piętnastka bo niby każdy taki korytarz znajduje się piętniaście stóp nad ziemią.
Pochodziliśmy sobie trochę bez celu po sklepach w downtown. Dałem się skusić na płytę Diany Krall która z resztą była tutaj jakieś parę dni temu i koncertowała przez trzy dni. Jakiś czas temu grała tu Metallica w Saddledome. Saddledome jest to stadion gdzie grają Flamesi ale także mają miejsce inne imprezy. Poszliśmy tam dzisiaj sobie to zobaczyć ale niestety nie mogliśmy wejść, więc musiał nam wystarczyć widok z zewnątrz. Generalnie, jak sama nazwa wskazuje, ma ten budynek kształt gigantycznego siodła. Około godziny szóstej popołudniu po ulicach zaczęły jeździć samochody z flagami i titać. Pojawił się też policyjny helikopter na niebie. Wszystko to z okazji pierwszego zwycięstwa Flamesów w finałach zachodniej konferencji. Kolejny mecz również będzie rozgrywany w San Jose, ale potem kolejne dwa w Calgary, więc znowu się będzie działo.
Pracy jak na razie mamy sporo i pracujemy na tak zwanej Etiopii, czyli na Murzyńskiej dzielnicy. Przez kilka dni malowaliśmy tam domki szeregowe z wewnątrz. Nie ma co ukrywać jest to męczące zajęcie.
Wednesday, May 05, 2004
Dzisiaj mam trochę wolnego czasu, więc spróbuje sobie przypomnieć jak wyglądały pierwsze tutaj dni.
Gdy przyjechaliśmy pierwszego maja wieczorem miała miejsce mała imprezka powitalna. Generalnie wcześniej nie znaliśmy ani Patryka ani Grzegorza. Teraz już jednak wiem że nie trzeba wierzyć we wszystko co Grzegorz opowiada. Myślę że tamtego wieczoru uwierzyłem w za wiele rzeczy które nam opowiadał.
W niedzielę poszliśmy sobie zwiedzać uniwersytet oraz downtown. Uniwersytet jest jeszcze większy niż ten w Reginie. Na campusie mają przykładowo halę do łyżwiarstwa szybkiego która została zbudowana na igrzyska. Jest tam również znicz. Poza tym jeszcze jeden ogromny stadion, chyba do footballu. Bardzo mi się ten uniwersytet podobał. Downtown jest jeszcze większy niż ten w Winnipeg – jest rewelacja.
Popołudniu była jakaś bójka pod naszym flatem i sąsiadka z mieszkania na przeciwko zadzwoniła na policję. Przyjechała też po jakimś czasie regionalna telewizja. Z tego powodu wieczorem poszliśmy do sąsiadki oglądać wieczorne wydanie wiadomości. No i pokazali na chwile Grzegorza stającego na balkonie. To było jego pięć minut sławy. Grzegorz mówił że gdy telewizja kręciła ten materiał owa sąsiadka wyszła na balkon krzycząc ‘two bedrooms for rent!’. Jak już jednak mówiłem nie we wszystko co Grzegorz mówi można wierzyć.
W poniedziałek poszliśmy pierwszy raz na malowanie. Ja pojechałem z Patrykiem malować mieszkania w okolicy uniwersytetu. W jeden dzień udało nam się pomalować dwa! Każdy z dwoma pokojami, kuchnią, łazienką i korytarzem. Tempo po prostu jest niesamowite. Teraz nie rozumiem jak malowanie mieszkania może zająć malarzom tydzień. Sufity Patryk maluje sprayem, a ja roluje ściany. Idzie to bardzo szybko. Potem jeszcze trzeba poprawić pędzlem miejsca gdzie rolka nie dojeżdża. Wcześniej jednak trzeba oczywiście porozkręcać kontakty, pstryczki, zakryć papierem lamy itp. Często jednak jest tak że można brudzić podłogi co w sumie jest bardzo wygodne. Dodatkowo nie ma też w tych mieszkaniach żadnych mebli poza tymi w kuchni więc nie ma roboty związanej z ich przenoszeniem czy zakrywaniem. Czasem dajemy dwie warstwy, a czasem wystarczy jedna. Generalnie są to mieszkania w blokach i to jest to chyba tak że gdy się ktoś wyprowadza, firma która zarządza blokiem wynajmuje malarzy żeby poprawić wygląd owego mieszkania. Takich robót dlatego jest masa.
Spieszyliśmy się z robotą bo wieczorem był rozgrywany mecz Detroit – Calgary. Miał on miejsce w tym mieście. Stan po pięciu meczach było 2:3 dla Calgary dlatego ów mecz był wydarzenie dnia w całym mieście. Zwycięzca wchodzi do finału zachodniej konferencji, czyli półfinału pucharu Stanleya. Pojechaliśmy do pubu gdzie zastaliśmy już Maćka z Grzegorzem. Pub był wyposażony w około 20 telewizorów oraz 4 projektory. Masa ludzi poubieranych koszulki hokejowo dopingowała swoją drużynę – świetny klimat. Przyjechaliśmy na drugą tercję. Żaden gol do tego czasu nie padł, z resztą na pierwszy i ostatni gol tego meczu trzeba było czekać do 18 minuty pierwszej dogrywki. Wtedy to emocje sięgały już zenitu. Dogrywki gra się na złotą bramkę więc każda akcja mogła zakończyć mecz, a gra przenosiła się z pod bramki pod bramkę. Gdy tylko zawodnik z Calgary wbił bramkę wszyscy kibice w pubie i na stadionie oszaleli z radości. Potem jeszcze kilka razy powtarzali ową bramkę i za każdym razem ludzie wstawali, krzyczeli, bili brawo. Potem wedle zwyczaju masa kibiców jedzie na siedemnastą avenue żeby świętować zwycięstwo. My też tam pojechaliśmy. Po ulicy biegali ludzie z flagami, dmuchanymi pucharami. Wielu ludzi powłaziło na dachy samochodów. Nie było żadnych bójek ani nic takiego po prostu świetna atmosfera. Z tego co słyszałem dzień później w radiu to było tam około 10 000 ludzi, ale żadnej skargi ze strony mieszkańców owej dzielnicy.
Wczoraj w zasadzie pracowałem połowę dnia i jedyną rzecz jaką z niego zapamiętam to pewnie to że cały czas się zastanawiałem gdzie ja mogłem posiać swój portfel. Na szczęście wieczorem znalazłem go w walizce, ale scenariuszy czym ta strata mogłaby się zakończyć przerobiłem wiele.
Dzisiaj za oknem śnieg chociaż jeszcze dwa dni temu było więcej niż 20C.
Saturday, May 01, 2004
Zgodnie z planem do Reginy przyjechaliśmy przed 6:00 rano. Bagaże załadowaliśmy do szafek za dwa dolary, zabraliśmy aparat, jedzenie i poszliśmy do Robins Donuts, aby zjeść śniadanie. Ta restauracyjka znajdowała się wewnątrz przystanku i obsługiwały ją dwie chinki. Rozmawiały między sobą w swoim ojczystym języku a z klientami z bardzo mocnym akcentem. Dlatego rozmowa przy zakupie była przerywana tymi krótkimi momentami ciszy które klient spędza na dekodowaniu usłyszanych zdań. Po nas zakupu dokonywał taki Murzyn który też chyba angielski miał słabo opanowany, albo tak zasuwał slangiem że w ogóle nie dało się zrozumieć. Poprosił o jednego donata i wskazał na ciasteczko za szybą. Chinka w ogóle nie zauważyła że on coś pokazuje więc zapytała jakiego, wtedy koleś popukał w szybkę i wszystko było już dla niej jasne. Następnie powiedziała: ’dat it no donata, dat it bage’. A Murzyn nic na to. Ekspedientka powtórzyła, co z kolei mnie, w przeciwieństwie do tego kolesia, udało się rozszyfrować i myślę że mówiła: ‘That is not donut, that is bagel’. Po chwili, którą Chinka dała Murzynowi na odpowiedź (a której ponownie nie otrzymała) spakowała co trzeba było i transakcja była zakończona. Uroku naszemu śniadaniu dodała chińska muzyka która sobie ekspedientki dość głośno puszczały. Znowu jedliśmy kabanosy z bułkami.
Zdaje się że to było po drodze do Reginy kiedy do widzieliśmy śnieg w jednym z miasteczek. Na dworze tak wcześnie rano, kiedy to udaliśmy się na zwiedzanie stolicy Saskatchewanu, było zimno. Dzisiaj jednak mieliśmy tylko sześć godzin na zwiedzanie miasta. Udało nam się zdobyć dwie mapy miasta i dzięki nim zawędrowaliśmy na campus University of Regina. W porównaniu do LU to były to ogromne budynki i generalnie ładniejsze. Bardzo mi się tam podobało. W części uniwersytetu w centrum miasta widzieliśmy króliki kicające na parkingu, a w części, tej głównej, poza miastem po trawnikach ganiały jakieś małe gryzonie. Co to jednak było to nie wiem – coś pomiędzy kretem a wiewiórką.
Następnie przejechaliśmy się busem do centrum. Jest ono znacznie mniejsze niż w Winnipeg, no i budynki są niższe. Niemniej jednak jest tam całkiem ładnie. Po zakupie kilku bułek na dalszą podróż wsiedliśmy do ostatniego autobusu.
Był to jedyny odcinek drogi który pokonywaliśmy w dzień i w zasadzie większość czasu spędziłem gapiąc się przez okno. Za Reginą zrobiliśmy kilka przystanków w mniejszych mieścinkach. Jedna nazywała się dość ciekawie: Moose Jaw. Potem były już dłuższe przeloty przez prerie. W zasadzie to wyobrażałem sobie je trochę inaczej. Myślałem że będą zupełnie plaskate, jak boisko do nogi i że nie będzie tam żadnych drzew. Były jednak malutkie wzniesienia ale tak ze względną wysokością dwóch metrów, więc tak czy inaczej bardzo płasko. Drzew natomiast też prawie żadnych nie było, z akcentem na prawie bo jak by się dobrze przypatrzeć to zawsze gdzieś na horyzoncie jakaś kępka drzew stała. Niemniej jednak były to ogromne bezdrzewne przestrzenie. Obliczyliśmy z Maćkiem że podróżowaliśmy z prędkością około 110 km/h. Na tej podstawie można powiedzieć że niektóre odcinki drogi były proste na długości kilkudziesięciu kilometrów. Po prostu prosta po horyzont – niesamowite.
Wieczorem lekko sobie kimałem i gdy się obudziłem wjeżdżaliśmy już do Calgary. Oczywiście duże wrażenie zrobiły na mnie wieżowce, których tutaj jest o wiele więcej niż w Winnipeg. Po jakiś ślimakach wbiliśmy się w te oświetlone downtown – rewelacja. Zajechaliśmy na przystanek Greyhounda i tam czekaliśmy już na Patryk.
Stamtąd pojechaliśmy już do jego apartamentu. Poznaliśmy Grzegorza oraz nasz nowy pokój – jest na szczęście trochę większy niż ten w Thunder Bay. Nie ma w nim żadnych mebli poza krzesłem i małym stolikiem, ale tą sytuacje mam nadzieję uda się jakoś w najbliższy czasie poprawić.
Friday, April 30, 2004
Po drodze czekała nas niespodzianka przestawiania zegarków o jedna godzinę wstecz. Znaczy powiedzmy że wiedzieliśmy że dojeżdżamy na miejsce o 8:00 rano. Z wyczekiwaniem spoglądałem na zegarek i kiedy wydawało mi się że byliśmy już blisko trzeba było przesunąć zegarek wstecz i dalej czekać jeszcze godzinę na tą 8:00.
Do Winnipegu dotarliśmy rano. Bardzo podobał mi się wjazd do downtown pomiędzy wieżowce. Poza tym to miasto wydawało mi się przeogromne dlatego że przez ostatnie miesiące siedzieliśmy w malutkim TB.
Na dworcu autobusowym zjedliśmy śniadanie w postaci kabanosów i bułek. Następnie wyruszyliśmy na podbój miasta. Najsampierw udaliśmy się w stronę informacji turystycznej, następnie z mapami i ulotkami z każdego muzeum, teatru i galerii w mieście poszliśmy zwiedzać centrum. Na początku zdecydowaliśmy się wejść do Museum of Manitoba. Było ono rewelacyjne. Masa eksponatów z przeróżnych tematów i bardzo ładnie przedstawione. Statki, wigwamy, igla, łosie, bizony, niedziwiedzie polarne itd. Muzeum zaskoczyło nas swoim rozmiarem i chodziliśmy tam przez 3 godziny. Już z lekko obolałymi stopami poszliśmy na miasto.
Chodziliśmy tak po mieście prawie cały dzień. Na 23:45 mieliśmy zaplanowany odjazd więc do tego czasu udało nam się bardzo dużo zobaczyć. Miłym zaskoczeniem były darmowe shuttle które krążyły po mieście 3 różnymi trasami.
Na przystanku byliśmy świadkami niecodziennej sytuacji. Obok nas siedziała pani ze swoją córką i byli to natives. W pewnym momencie przyszedł koleś, ojciec rodziny, z papierową torebką. Wyciągnął jakieś kanapki pochowane po kieszeniach i zaczęli jeść. Chwile potem przyszła pani w fartuchu, pewnie jakaś ekspedientka z fast foodu, w towarzystwie dwóch kolesi z security. Pani wskazała palcem na tego kolesia co przed chwilą przyszedł z jedzeniem, i powiedziała że nie zapłacił za sałatkę i coś tam jeszcze. Goście zabrali im tą torebkę z jedzeniem. W ten czas ów koleś zaczął się jakoś tłumaczyć i powiedział że w takim razie zapłaci za to jedzenie. Potem pani ekspedientka, dwóch pracowników security oraz ten koleś o odeszli i więcej nic nie widziałem. Po jakimś czasie ten koleś wrócił, więc chyba łagodnie rozwiązali tą sprawę.
Do kolejki, przezornie, ustawiliśmy się już jako pierwsi, dlatego też mieliśmy siedzenie razem z przodu autobusu.
Thursday, April 29, 2004
Większość dzisiejszego dnia spędziliśmy na pakowaniu i przygotowywaniu się do wyjazdu. Mnie udało się spakować do dwóch walizek i jednego dużego plecaka oraz jednego małego. Byłem z tego wyczynu zadowolony dopóki sobie nie uświadomiłem że to o jeden bagaż za dużo. Znaczy na samolot nie wejdę z 3 dużymi bagażami. Teraz jednak nie ma to znaczenia bo jedną z walizek zostawiamy u Pentenych.
Wieczorem przyjechało po nas Todd z Melisą, jego siostrą. Zawieźli nas na przystanek Greyhounda który znajduje się może jakieś 10 od naszego domu. Na pożegnanie Todd dał nam płytę ze swoimi nagraniami. Trochę zamotani tym całym wyjazdem zapomnieliśmy zabrać jednej siatki z sokiem i jabłkami na podróż.
Na przystanku w Greyhounda trochę podobnie jak na PKSie – wszystko się klei, zmęczeni ludzie okupują sfatygowane siedzenia, tak trochę ponuro. Ustawiliśmy się ostatni w kolejce aby potem się przekonać że kolejność ma znaczenie i że będziemy wybierać ostatnie wolne miejsca w autokarze. Ja usiadłem koło takiego kolesia który wyruszył z Montrealu. Jego miastem docelowym było Prince George – dziura na północy BC. Jechał tam na sadzenie drzewek. W ogóle był to Murzyn i mówił z takim afro amerykańskim akcentem jaki można słyszeć na filmach. Z tego względu niektóre moje riposty miały postać uśmiechu i przytakiwania.
Greyhound operuje autobusami o trochę lepszym standardzie niż PKS. Są one jak te autobusy którymi podróżuje się na dłuższe dystanse po Europie. Niemniej jednak wiadomo że każde siedzenie po sześciu godzinach siedzenia staje się trochę niewygodne.
Przez Ontario podróżowaliśmy w nocy, więc niewiele było widać. Jakby tak spróbować streścić jak wygląda Dryden przez szybę pędzącego autobusu to wyglądało by to mniej więcej tak: las, las, las, Tim Hortons, przystanek Greyhounda, Policja, las, las, las. Kenora podobnie: las, las, las, Tim Hortons, przystanek Greyhounda, Policja, Staples, WesternFood, las, las, las. Oczywiście trochę przesadzam. Zatrzymaliśmy się w tych miejscach na parę minut ale jednak nie mogłem się oprzeć wrażeniu że to są kompletne dziury.