Kanada 2003/2004
Sunday, November 30, 2003
W Safewayu lecą już kolędy, wszystkie maskotki na wystawach poubierane są w czerwone czapeczki. Widziałem dzisiaj już Mikołaja. Jechał w Azteku.
Przed południem zawitałem do biblioteki. Za każdym razem gdy tam wchodzę uśwuadamiam sobie że te zbiry są przeogromne. Na jednym piętrze mają wydania przeróżnych czasopism, od psychologii po elektronikę. I to są czasem egzemplarze od 64 roku. Ja wypożyczyłem sobie The Long Valley. Zbiór short stories Johna Steinbecka.
Popołudnie przesiedziałem przy Corelu próbując stworzyć grafikę do mojej strony www. Na razie idzie to ciężko.
Wieczorem skoczyliśmy do safewaywa na zakupy, a potem jeszcze do Rogersa po film. Skończyło się na tym że wypożyczyliśmy Ronina. Z kierownicami obładowanymi siatkami, w głębokim śniegu wróciliśmy do mieszkania. Ja jeszcze posprzątałem śnieg z „dziedzińca”.
Wieczorem do Maćka znowu dzwonił niejaki Bill z ofertą pracy. Maciek stanowczo mu odmawia już od dłuższego czasu, ale ten się uparł. 60 000 $ roczne Maćka nie zadowala (ja z resztą też by się nie zgodził). Na razie postawił mu ultimatum że ma podjechać samolotem pod sam dom i to na razie wystarcza żeby odstraszyć tego natręta.
Saturday, November 29, 2003
Po ostatniej mszy w uczelnianej kaplicy można było sobie wziąć cuksy ze stołów. Nabraliśmy więc trochę do papierowych torebek.
W ATACu coraz więcej ludzi przesiaduje, sale prawie cały czas są pełne – zbliża się sesja.
Popołudniu zobaczyliśmy wczoraj wypożyczonego Ronina. Wieczorem posłuchałem sobie Pata z nowej wierzy audio którą przywiózł ojciec Emily.
Friday, November 28, 2003
Jako że gazety przyjechały dopiero około 11.00 mieliśmy okazje nieprzyzwoicie długo sobie pospać.
Na obiad jedliśmy pancake. Dzisiaj wyjątkowo z prawdziwym meaple sirupem. Ten który dotychczas używaliśmy okazuje się być jaką podróbka z aromatem. Emily wyjęła głęboko schowaną pusze z prawdziwym meaple sirupem. Faktycznie inaczej smakuje, ale w zasadzie ten syrop który dotychczas mięliśmy smakuje podobnie. Takapólitrowa puszeczka prawdziwego syropu kosztuje ponoć 20$.
Wieczorem poszliśmy na spotkanie FOCUSu. Dzisiaj był u nas gościu z Calgary który jest chyba szefem organizacji która zrzesza takie FOCUSy na niektórych uniwersytetach w Kanadzie. Trochę z nim sobie pogadałem. Okazuje się ze jest taki „oddział” w Victorii.
Marcelo mówił dziś też o filmie „Misja” z DeNiro. Mówił że mu się podobał, że to film który bardzo realistycznie pokazuje jak takie plemiona żyją w dżungli. Mówił też że był nad tym wodospadem po którym DeNiro się wspinał. Ponoć jest to wodospad przez który (jeśli dobrze zrozumiałem) przepływa najwięcej wody. W ogóle zauważyłem że wszystkie wodospady są pod jakimś względem ‘naj’. Najwięcej przepływającej wody, najwyższy, najszerszy, najwięcej wody na sekundę, najgłośniejszy, najszybszy itd.
Marcelo także dał wykład na temat matematyki w sztuce. Strasznie tam dużo, we wszystkich obrazach kolorach wg niego ciągu Fibonacciego(?). Jude potem go fajnie podsumował w swoim stylu. Bardzo fajnie Jude potrafi wyrazić swoją opinie - prosto z mostu, rewelacja.
Do domu wprowadził się już ojciec Emily, więc jest nas już czterech w domu.
Thursday, November 27, 2003
Skończyłem dzisiaj wreszcie projekt i już go oddałem panu Bensonowi. W tym celu musiałem zakupić kolejną dyskietkę ponieważ dwóch które mu oddałem z assignementami jeszcze mi nie oddał.
W pokoju gościnnym już stoi choinka, pod nią prezenty. Emily cos strasznie spieszno do tych świąt. Niektóre domu są już poobwieszane światełkami, dlatego jak się rano roznosi te gazety to trzeba uważać na kable które leżą pod śniegiem.
Wednesday, November 26, 2003
Po rozniesieniu gazet poszedłem spać, ponieważ nie było nic do jedzenia. Po obudzeniu się nie było już wyjścia, byłem głodny wiec musiałem pojechać do Safewaya. Znowu zapakowałem mój cały 60 litrowy plecak.
Ponieważ zakupiłem sosy do spagetti od razu jednego otworzyłem i zjadłem moją część. Podczas gdy jadłem obiad Emily pakowała prezenty na święta.
Potem pojechałem na uczelnie gdzie udało mi się skończyć budować budynek. Teraz wystarczy ze zadbam o cieniowanie i dokumentacje. Dowiedzieliśmy się również że Maciek został przyjęty do UVICu pod jednym warunkiem. Znaczy musiałby dostać więcej niż 71% z przedmiotu którego w ogóle nie bierze w tym semestrze a zamierzał brać w przyszłym. Maciek pojechał do domu żeby wyklarować ta sytuacje, w sensie że zadzwonił do UVICu. Okazało się że nie ma problemów żeby dostał ponad 71% z przedmiotu który rzeczywiście bierze w tym semestrze zamiast tego ktorego niby mial brac. Ja natomiast poza tym że zwyczajowo już pogadu-gadowałem poszedłem na wykład współczesnego artysty. Nie jest chyba za bardzo znany. Jego prace wydawały mi się dziwaczne. Mówił o sowich dziełach które pokazywał na slajdach. Swoją drogą rzutnik co chwila się zacinał i co jakiś czas były z tego powodu krótkie przerwy. Ten gościu pochodził z Anglii, dlatego miał świetny akcent. Skończył UVIC. Jedną praca był a to rzeźba psa koloru tylko i wyłącznie czerwonego. Dodatkowo pies miał demontowany głośnik z którego wydobywał się głos szczekającego psa. Facet dobudowywał do tego całą ideologie, ale mnie to nie bardzo przekonywało. Znaczy jeśli ja bym to zobaczył bez tego jego komentarza to pewnie miałbym to nadal za kawałek czerwonego gipsu z głośnikiem, ale chyba poprostu taka sztuka nie przemawia do mnie...
Wieczorem znowu zbieranie kasy i roznoszenie ulotek...
Tuesday, November 25, 2003
Dzisiaj zabudowałem mój wirtualny budynek już z czterech stron. Jutro przyjdzie mi go doszlifować, położyć dach i grunt.
Przesiedzieliśmy dzisiaj na uczelni cały dzień. Zjedliśmy obiad składający się z trzech muffinów i jabłka. Muffin to nie muffin ale duży pieróg z nadzieniem serowym i peperoni. To nie muffin ale Maciek to tak nazywa a nazwa się przyjęła.
Na necie oglądaliśmy ceny autobusów w razie ewentualnej przeprowadzki. Ceny są przystępne bo na osobę wychodziło by 100$. Ale te informacje z internetu musimy jeszcze sprawdzić w tutejszym oddziałem Greyhound-u (coś jak PKS). Na stronie UVICu ciągle nie ma informacji czy Maciek został przyjęty czy teżnie.
Wieczorem poszliśmy na dwa wykłady. Pierwszy był o jakiejś ekipie z uniwersytetu Minesota i nie tylko. Mają zamiar przejechać się na sankach, napędzanych przez Huskie, pewno spory kawałek północnej Kanady. W dodatku mają prowadzić jakieś badania i pokazywać to na stronie www. Bardzo zacny cel, tym bardziej mi się podobał że można było sobie za darmo podjeść.
W miarę spore zainteresowanie wzbudził ten pokaz. Była nowa burmistrzyni jako oficjalny gość, a ludzi może ze trzy setki się przewinęły. O wiele mniejszym zainteresowaniem cieszył się wykład dr. Erich Weingartner-a pod tytułem „Managing change in North Korea”. Wykład prowadził koleś który przez dwa lata mieszkał w stolicy Północnej Koreii (PK). Poza tym aktywnie działał przez wiele lat w organizacjach humanitarnych. Przedstawił całą sytuacje polityczną, ekonomiczna, socjalna itp., w miarę jak czas na to pozwalał, dosyć obszernie i szczegółowo. Nie zgadzał się z poglądem, prezentowanym przez administracje Busha, że decyzje władz PK są nie przewidywalne. Twierdzi że jest zupełnie na odwrót. Zarysował też sytuacje polityczną panującą na wschodniej części Azji która nie jest prosta i wszystko jest tam ze sobą ściśle powiązane. Poza polityką skupił się także na opisaniu socjalnej sytuacji w tym kraju. Z ciekawszych informacji zapamiętałem że Koreańczycy nie mogą się przemieszczać z jednego kantonu do drugiego bez pozwolenia władz. Drogi remontowane są przez ludność zamieszkującą pobliskie tereny. Mówił że widział jak mężczyźni i kobiety łupali skały aby mogli wyspać potem tym żwirem zniszczony odcinek trasy. Jako że Korea to kraj górzysty wiele dróg znajduje się na urwiskach, które często się obsuwają. Kolejny problem to zniszczenie dużej ilości lasów. Potrzebne było drewno na opał. Mówił że co jakiś czas ludzie z fabryk wychodzą zbiorowo do lasu i zbierają leśne owoce. Całe życie publiczne zorganizowane jest przez państwo. Każdy przymusowo musi raz w tygodni chodzić na zebrania polityczne. Szkól nie stać na papier i ołówek dla uczniów, a w szpitalach leczy się 20 lat starymi metodami i narzędziami. Duża większość ludności nie ma elektryczności, telefonu itd. Propaganda działa bardzo dobrze, ludność na pewno się nie zbuntuje chociaż szacuje się że co roku przez granice ucieka rocznie około 30 000 Koreańczyków do Chin. Co śmieszne mówił że niektórzy Chińczycy, a zwłaszcza ci starsi przyjeżdżają do PK żeby sobie przypomnieć jak to było za dawnych czasów. Szacuje się że przeciągu ostatnich pięciu lat zginęło 1 000 000 Koreańczków, a z tego co pamiętam to jest to około 22 milionowy naród.
Na tym wykładzie było może 30 osób, a studentów dało by się policzyć na palcach jednej reki. Większość audytorium byli to ludzi starsi. Zupełna zmiana klimatu te dwa wykłady. Na jednym mówi się o Kanadyjczykach którzy jeżdżą sobie na sankach, a na drugim o koszmarnej sytuacji ponad 20 milionów ludzi. Co do tych wszystkich danych to nie jestem 100% pewien bo są one wszystkie z głowy.
Wieczorem poroznosiłem ulotki, bo w tym tygodniu będziemy je roznosić raz więcej niż zwykle...
Monday, November 24, 2003
Obudziłem się o 7.50 i poleciałem roznosić gazety na Downing. Śnieg niestety się nie znikł, a raczej go przybyło. Przez całą noc padało. Jako że nie wszystkie drogi są odśnieżone, a zwłaszcza ścieżki rowerowe. Pojechałem na Downing okrężna drogą, nadrabiając jakiś 0,5 km drogi.
Maciek nie poszedł dziś do szkoły. Ja natomiast pojechałem bo do piątku musze oddać mój projekt z Computer graphics. Większość chodników na szczęście już odśnieżona i da się bez większych problemów przejechać.
Zauważyłem że dzieci nie lepią żadnych bałwanów. Ostatnio jak spadł śnieg parę się ich pojawiło. Teraz nie ma ani jednego - jest za zimno. No i do tego ten wiatr.
W szkole udało mi się zacząć budować następną ścianę mojego wirtualnego budynku i sprowadzić parę fragmentów kodu do funkcji przez co mam nadzieje że mi to szybciej to pisanie pójdzie. Czasem dobrze jest sobie przypomnieć że istnieje coś takiego w C++ jak funkcja. Przypomniało mi się też że istnieje coś takiego jak pliki nagłówkowe. Udało mi się przez to podzielić mój, już chyba 100 stronicowy program, na kilka plików. To czasem pomaga...
W domu zjadłem na obiad kurczaka z ryżem. Nie wiemy jaka to część kurczaka ale nie jest zła. Mało tu jem warzyw wiec chyba zaraz pójdę spałaszować ostatnią marchewkę.
Wieczorem znowu zbierałem kasę. Ubrałem się jak na wyprawę na biegun – nie żałowałem. Wiatr ciągle dmucha a śnieg już ponad 24 godziny sypie. W jednym z domów przytrafiła mi się poniekąd zabawna sytuacja. Drzwi otworzyła dziewczynka, powiedziałem że zbieram za gazety. Znikła za drzwiami wołając swoją mamę. Po chwili przyszła i oznajmiła trochę zakłopotana że mamy nie ma. No to się ją pytam kiedy będę mógł przyjść. Na to ona znowu znikła za drzwiami , tym razem już nie wołając mamy, po to aby za chwile się znowu pojawić i powiedzieć że może jutro. Krew mnie tam pod tymi drzwiami zalewała! Ta kobieta mi od miesiąca nie płaciła i jak juz jest w domu to dziecko wysyła do mediacji. Tak, takie klimaty są na Prescoccie. Można się jednak przyzwyczaić po jakimś czasie...
Sunday, November 23, 2003
Z rana jak jechaliśmy na msze bardzo fajnie wyglądał śnieg który pełzł po drodze. Miniaturowe cirrusy ganiały po drogach i parkingach. W drodze na uczelnie szliśmy w zasadzie baksztagiem więc wiatr i śnieg w ogóle nie przeszkadzały. Zdaje się że to była przedostatnia msza w uczelnianej kaplicy – zaczyna się już ostatni tydzień nauki.
Po mszy weszliśmy do ATAC-u. Spędziliśmy masę czasu na komputerze bawiąc się w Corelu, gadu-gadując i czytając tygodnik. W taką pogodę jak dzisiaj to po prostu nie chce się wychodzić na dwór.
Miałem jeszcze meeting z grupą z Inżynierii programowania. Już ostatni. Zbieraliśmy cała dokumentację do kupy i ją drukowaliśmy. Było tego razem około 100 stron. Mam zamiar pójść na ostatni wykład bo na nim wykładowca, niejaki pan Wei zaprezentuje najlepszy, jego zdaniem, system.
Ostatecznie udało nam się oderwać od komputerów i udaliśmy się w kierunku domu. Nie pisze pojechaliśmy bo jazdą tego nie można było nazwać. Temperatura na dworze spadła do bodajże –10C. Wiało około 6B i to w pysk! Na sypało już sporo śniegu a żadna droga nie była odśnieżona. Na początku próbowaliśmy się przedzierać przez ten śnieg. Po dojechaniu do pierwszego skrzyżowania ja zrezygnowałem i prowadziłem rower chodnikiem. W zasadzie nie prowadziłem a pchałem przez ten śnieg. Było już późno i ciemno. Jako że nie mamy świateł jazda drogą w takim wypadku nie jest wskazana. Maciek jednak się na to jednak zdecydował bo nie miał rękawiczek. Pojechał. Ja próbowałem jeszcze potem jechać ale strasznie ciężko to szło więc zrezygnowałem jeszcze przed Red River Rd. Czasem, w głębszym śniegu, jak przywiało to nawet trudno było się posuwać do przodu. Po przyjściu do domu odśnieżałem przed wejściem. Z podrzuconej łopaty śniegu w powietrze nic nie spadało na ziemie – wszystko było rozwiewane. Maciek odmroził sobie palce i jak się miało okazać opuchlizna nie zeszła mu jeszcze następnego dnia.
Tego wieczoru przysadziliśmy kolejny raz pysznego kuraka ze smażonymi ziemniakami.
Saturday, November 22, 2003
Po przyjeździe z uczelni pojechałem zbierać kasę za gazety. Niektóre twarze są mi już dobrze znajome. Wiem gdzie kasę dostane, a gdzie trzeba będzie przyjść parę razy żeby w końcu ktoś zapłacił. Zabawne jest małżeństwo Francuzów. Nie potrafią do końca dobrze mówić po angielsku, miedzy sobą rozmawiają po francusku. Są bardzo uprzejmi i zabawni. Dzisiaj jak z resztą chyba połowa Kanady oglądali w TV mecz NHL na otwartym powietrzu. Pokazywali mi w TV jak to wygląda i mówili że jest tam przy 20 stopniowym mrozie 60 tyś. kibiców. Okazuje się że to był mecz strych wymiataczy, takich jak Gretzky, przeciwko jakiejś kanadyjskiej drużynie z NHLa.
Jak pozbierałem kasę to jeszcze raz wyszedłem żeby roznieść ulotki tj. około 21:00. Roznosząc te ulotki czuje się jakbym rozdawał śmieci. Kto to w ogóle czyta ? Jak nam je wyładowują przed domem to już sporo z nich jest potarganych, potem jeszcze się u mnie w torbie gniotą, także w skrzynkach ląduje czasem po prostu kupa zgniecionego potarganego papieru.
Wieczorem zjedliśmy połowę lazanii(?) którą kupiliśmy za 5 $ w safewayu. Piekło się to ponad godzinę ale było bardzo dobre. W TV mnóstwo programów na temat Kennediego. Dziś mija 40 rocznica jego zabójstwa w Dallas.
Emily poćwiczyła sobie dzisiaj polski przez telefon. Ja i ona nie mamy pojęcia kto to mógł dzwonić.
Friday, November 21, 2003
O dwunastej spotkanie z ludźmi z inżynierii programowania. Dokończyliśmy dokumentacje i teraz trzeba wszystko zebrać do kupy i po robocie. Następny meeting ustalili na niedziele o 13:00, trochę to dziwna pora musze przyznać, lecz nie oponowałem.
Popołudniu poza tym że posiedziałem na gg to podreperowałem trochę program który robię na computer graphics. Jak tak siedziałem w sali 3003 i gadałem z Klara, Frankiem i Maćkiem na gg to się nieźle uśmiałem. W dodatku czułem się trochę niezręcznie wiedząc że w sali pracuje przy komputerach, prawdopodobnie nad pracami na zaliczenie, jakieś 20 innych osób. Pomimo tego że czułem ich wzrok na sobie rechotałem straszliwie. Powodem tego nieokiełznanego śmiechu był blef Maćka że niby roznoszę gazety bezdomnym psom, dodałem do tego swoją świetną ripostę wymierzoną prosto w Maćkowy dmuchany materac. Następnie przeczytałem ten dialog i nie mogłem się powstrzymać od śmiechu – co też Klara i Franek musieli sobie o nas pomyśleć.
Charakterystyczne dla spędzania czasu w ATACu jest to że co chwila trzeba się przenosić z sali do sali. Jak jedno laboratorium jest puste to po chwili wchodzi klasa i trzeba stamtąd zmykać i szukać jakiejś nowej pustej sali. Na szczęście czasem niektórzy prowadzący nie maja nic przeciwko temu żeby parę osób zajmowało ostatnie miejsca. Jak tak dzisiaj przechodziłem z sali do sali to wyładowałem w sali gdzie rozpoczęły się po jakimś czasie zajęcia z Javy i SSLa. Generalnie był to przedmiot związany z komputerami i prowadził go ten sam Chińczyk który prowadzi zajęcia z inżynierii programowania. Najlepsze jednak jest to że na tym kursie nie widziałem żadnych nie Chińczyków. W zasadzie koleś który miał referat mógłby go czytać w zasadzie równie dobrze po Chińsku. Po za tym że cała klasa to byli jacyś azjaci, to w ogóle nie dało się go zrozumieć a przy okazji strasznie nudził. Dobrze że tego kursu nie wybrałem.
Dowiedzieliśmy dzisiaj się także że żeby zmienić tą wizę to musimy do formularza dołączyć także proof of founds mimo że już takie coś raz ambasadzie przekazaliśmy.
Wieczorem było spotkanie grupy FOCUS. Tym razem znowu u Iana Petenego. Zaprosił nas na pizze którą sami przyrządzaliśmy. Było całkiem przyjemnie, objedliśmy się za wszystkie czasy kilkoma kawałkami pizzy i ciastem z lodami. Po wszystkim trochę siedzieliśmy i rozmawialiśmy, no i było wesoło. Goście ze Sri-Lanki robili zdjęcia aparatem cyfrowym wiec może będę je miał za niedługo. Do domu wróciliśmy około jedenastej.
Znowu robi się zimno a jazda wieczorami do domu nie należy do najprzyjemniejszych, zwłaszcza z pełnym brzuchem.
Thursday, November 20, 2003
Poszliśmy dzisiaj do international student office, bo na aplikacji o zmiane wizy pisze że trzeba mieć wyciąg z banku przetłumaczony na angielski. Jutro pani z tego officu nam powie czy to rzeczywiscie jest to potrzebne i w tej sprawie będzie się kontaktować z jakims immigration officem. Na stronie UVICu już pisze że nam zmienili entry point. Prawdopodobnie wiec przjmą nas tam. Problem jest jeszcze z przesyłaniem papierów i małą ilością czasu. Najpierw UVIC musi nam przesłać papiery które my dołączymy do naszej aplikacji o zmiene wizy. Razem wszystko wyślemy do processing center a z tamtąd spowrotem powinna przyjść nowa wiza, jeśli oczywiście wszystko dobrze pójdzie. Wszystko to będzie się odbywać zwykłą pocztą wiec może to troche czasu zająć. No i oczywiście nie wiadomo czy po drodze nie znajdą się jakieś nowe przeszkody.
Wednesday, November 19, 2003
Okazało się dzisiaj że cała moja wczorajsza praca nad jednym programem zupełnie przepadła dlatego dzisiejsze przedpołudnie spędziłem w ATAC-u pisząc od nowa to co wczoraj już skończyłem. Popołudniu udało mi się zabrać za robienie projektu który muszę niebawem skończyć.
Dostaliśmy również maila od pani Joyson. Pisze że zmieni nam ten entry point jak dostanie transcripts z LU. Maciek natomiast ma się skontaktować z Arnoldem Clerkiem który jest odpowiedzialne za takie zmiany na jego wydziale. Po dzisiejszych nie udanych próbach telefonicznych nie pozostaje nic innego jak napisać maila i próbować dalej jutro.
Tuesday, November 18, 2003
Wysłaliśmy maila do pani Joyson, a nie Jowson jak sobie wczoraj zapisałem. Czasem jedna litera wiele zmienia, zwłaszcza w adresie mailowym. Odpowiedzi dzisiaj jeszcze nie dostaliśmy. Maciek próbował do niej dzwonić aby odwiedzić się czy on też może aplikować, bo dzisiaj na internecie zobaczyliśmy że jego aplikacja jest na jego życzenie zcancelowana. Poprosiliśmy panią w scheduling office żeby przesłała nasze transctipts do UVIC-u. Kosztowało to 21.00$ od osoby i będą tam najpóźniej w poniedziałek. Teraz pozostaje nam czekać na odpowiedz pani Joyson. Jeśli UVIC się zgodzi na zmianę naszego entry point to jeszcze od strony formalnej pozostaje sprawa zmiany wiz.
Dzisiaj pod koniec wykładu z computer graphisc przyszła pani z formularzami. Były to formularze zatytułowane: ”Student Satisfactory Survey (Course)” które wypełniał każdy student. Poza tym że podawało się swoje dane to trzeba było wypełnić kolejne 3 części formularza. Cześć A to zestaw 11 pytań na które można było odpowiedzieć w skali od 1 do 6. Oceniało się tu przede wszystkim osobę prowadzącą zajęcia. Cześć B to 3 testowe pytania które pytały o ważność danego przedmiotu dla studenta. Cześć C to 3 pytania otwarte dzięki którym student mógł przekazać swoje uwagi prowadzącemu zajęcia. Można tu było zaznaczyć że chce się pozostać Gallem Anonimem. Dla wszystkich studentów nie była ta ankieta żadnym zaskoczeniem – ot, zwyczajnie jeszcze jedne formularz do wypełnienia. Odpowiedzi z tych ankiet najpewniej sczytywane są przez komputer - dało się to zauważyć po formacie. Sam sposób zbierania wiadomości o kursie i o wykładowcach wskazuje na to że ta ocena uczniów ma wielkie znaczenie dla uczelni. Gdy nam, na Politechnice, dano na 4 semestrze podobny (jeśli chodzi o pytania) formularz, sam jego format wskazywał na to że to jest żart ze strony uczelni. Nie chce mi się wierzyć żeby ktokolwiek w politechnicznej administracji zerknął na te wyniki. Marzy mi się żeby taki system zaczął kiedyś w Polsce poważnie funkcjonować.
Monday, November 17, 2003
Z rana pojechałem do immigration office. Jest to daleko, bo na drugiej stronie miasta. Okazało się niestety że z tą wizą którą mamy nie możemy studiować jako visiting students na uniwersytecie w Calgary. Nasze wizy upoważniają nas tylko i wyłącznie do studiowania na LU. Gościówa w okienku nie była najlepiej zorientowana w sprawie wiz, bo mówiła nam że musimy wyjechać z Kanady żeby zaaplikować o zmianę wizy studenckiej. Tak nie jest, ale nawet nie chciało mi się z nią o tym dyskutować.
Po przyjechaniu na uczelnie postanowiliśmy jeszcze z Maćkiem sprawdzić jak wygląda sprawa z uniwersytetem w Victorii (UVIC). Napisaliśmy maila i już popołudniu otrzymaliśmy odpowiedź że możemy tam re-aplikować. Trzeba będzie opłacić dodatkowo late fee, wysłać dwa transcripts z LU i mamy szanse być przyjęci na semestr zimowy. Wieczorem, gdy Victorii były jeszcze godziny urzedowania ( 3 godziny różnicy), zadzwoniliśmy na UVIC aby wypytać o szczegóły. Pani, z którą rozmawialiśmy, powiedziała nam że nie musimy płacić late fee bo jesteśmy już zarejestrowani i trzeba zmienić tylko entry point ze września na styczeń. Aby zmienić entry point musimy jutro wysłać maila do pani Jowson z taką prośbą. Ona, jeśli nie będzie miała obiekcji, zmieni ten entry point i przekaże naszą sprawę do admission office. Co potem to nie wiem.
Jako że Maciek przywiózł dzisiaj z Walmarta maszynkę do ścinania włosów odbyła się wieczorem zabawa w fryzjera. Trochę śmiesznie wyglądamy, bo ta maszynka miała w zestawie tylko takie przystawki które ścinają włosy na bardzo krótko. Poza tym porobiły się, nie wiedzieć czemu, gdzieniegdzie takie wcięcia i „łyse polany”. Może następnym razem nasze fryzury będą mniej ekstrawaganckie.
Sunday, November 16, 2003
Po rozniesieniu ulotek, udaliśmy się do innego kościoła niż zwykle. Jest to kościołek na Hilldale prowadzony przez włoskie community i chyba jakiś zakonników. Trafiłem do niego tydzień temu jeżdżąc na rowerze po okolicy. Wewnątrz bardzo ładny, cały w drewnie. Wychodzący kościoła ludzie rozmawiali po włosku !
Plan wyjazdu na górę McKane (chyba tak się nazywa) którą widać na zachodzie nie został dzisiaj zrealizowany. Pochmurno dzisiaj i dlatego zrezygnowaliśmy. Spędziliśmy czas czytając książki i oglądając film „ Goooooooood morning Vietnam”.
Spotkaliśmy dzisiaj Emily w domu co zdarza się coraz rzadziej. Ona pracuje w nocy i rano wraca, a my rano wyjeżdżamy i wracamy wieczorem i dlatego się mijamy. Jeśli już natomiast jesteśmy w domu razem to zazwyczaj ona albo my śpimy, dlatego bardzo rzadko się widujemy.
Saturday, November 15, 2003
Z głośników wydobywa się głos wrzeszczącej Tori (pierwsza piosenka na „Under the Pink”), w pokoju gościnnym już posprzątane po gościach a dłonie jeszcze mam ciepłe od zmywania naczyń. Przyszli : Mery Lou, Cliff, Ian i Marcelo. Znaczy tylko jedna osoba poniżej 40-tki – Marcelo. Reszta nie przyszła. Julianna pracuje, Quincy ponoć chora no i Jude pewno został z Quincy. Została nam teraz masa jedzenia, goście zostawili łakocie które z sobą przynieśli, te zbiory powinny nam wystarczyć do końca tygodnia.
W zasadzie cały dzień spędziliśmy na przygotowaniach do spotkania. Dobrze że trochę posprzątaliśmy tutaj – pierwszy raz, tak porządnie, odkąd tu jesteśmy. W zasadzie Maciek sprzątał podczas gdy ja pojechałem do Safewaya i upiekłem dwa ciasta. Na zakupy pojechałem z moim 60 litrowym plecakiem, który jak się okazało i tak nie wystarczył. Dwie siatki dyndały mi na kierownicy, ale to już standard.
Ostatnio słyszałem dwie niesamowite opowieści, z czego jedną dzisiaj. Pierwszą opowiedział wczoraj Marcelo Maćkowi. Mówił że kiedyś jechali autem z tatą przez „Sleeping Giant Provincial Park” i na drogę wyszedł niedźwiedź. Jego tata postanowił mu zrobi zdjęcie więc podszedł do zwierzaka. Niedźwiedziowi jednak to się nie spodobało i zaczął się zbliżać do owego gościa. Tata Marcela oczywiście wycofał się do samochodu. Niedźwiedź wskoczył na dach! Potem jeszcze próbował wrazić łapę przez otwarte okno które udało im się na czas zamknąć. Potem jakoś stamtąd odjechali.
Drugą historyjkę opowiedział dzisiaj Cliff. Mianowicie jakaś rodzina z Thunder Bay pojechała w zimę swoim SUV na północ. Gdzie zmierzali – nie wiem. Po około 3 godzinach jazdy zepsuły im się hamulce w momencie gdy zjeżdżali z górki. Trzeba dodać że było około 35 stopni C poniżej zera. Na dole górki z której zjeżdżali był mostek w który nie udało im się trafić i wylądowali w rzece. Cali ale mokrzy wyszli z rzeki. Postanowili wiec rozpalić ognisko ale im się nie udało. Środek zimy, -35C, północne Ontario, mokre ciuchy – tragedia. Postanowili wracać pieszo. Gdy tak maszerowali w pewnym momencie ojciec rodziny zaproponował żeby wszyscy stanęli w miejscu i spróbowali się jakoś ogrzać. 10 letni synek, który szedł boso zaoponował i powiedział że chce iść dalej. Ponoć ich uratował. Około 23:00 na ich drodze pojawiła się ciężarówka.
Friday, November 14, 2003
Żadnego ludzkiego głosu w słuchawce nie usłyszałem. Znaczy przechodzę przez labirynt telefonicznych gadających maszyn – 1, 0, 2. Na końcu jednak okazuje się że jest zajęte i jakaś maszynka mówi że im przykro że nie udało mi się nawiązać połączenia i żebym spróbował jeszcze raz.
O 12:00 odbyło się kolejne spotkanie z grupa z inżynierii programowania. Mamy już sporo programowania za sobą. Pierwszy raz pisze program na spółkę co jest ciekawym doświadczeniem. Niezłe będą przejścia jak będziemy to wszystko składać do kupy. W ogóle to specyfikacja zakładała istnienie 4 klas, na razie nie pojawiła się jeszcze ani jedna. Z obiektowo zorientowanego programu siłą rzeczy zrezygnujemy. Udało mi się ostatnio zauważyć różnice która zdaje się w dużej mierze determinuje zupełnie inny charakter tych laboratoriów w porównaniu do Polskich. Chodzi o przydział zadań poszczególnym osobom. W Polsce każdy z nas miał zadanie z góry przydzielone np.: programista, architekt, menedżer(czy cos takiego). Tutaj na szczęście nie podzieliliśmy się w ten sposób. Na szczęście bo w takim wypadku praca jest równo rozłożona i myślę że w ten sposób więcej się nauczymy.
W szkole poszedłem się spytać na informacji gdzie tu w Thunder Bay jest immigration office. Gościówa, przez pomyłkę skierowała mnie do Human Resources niedaleko Super Stora. Dlatego też dopiero w poniedziałek pojadę do immigration office. Gościu w Human Resources dal mi nich namiary na odpowiedni office, a jest to po drugiej stronie miasta.
Wieczorem poszliśmy na FOCUSa. Cliff, bo tak się nazywa prowadzący spotkania, troche przynudza. Tak naprawde to jedynie czekam na tą część spotkania kiedy siedzimy razem i gadamy o różnych sprawach, a nie sluchamy wykładu pastora.
Rozmawiałem dzisiaj z Mercelo, który tak jak cała reszta tam jest protestantem. Mam wrażenie że dla niego chrześcijanizm to zbiór różnych odłamów, gdzie tak naprawde każdy ma troche racji. Czasem jedni mają jej troche więcej od innych, a niektóre kościoły są, trzeba przyznać potracone. Dla mnie chrześcijanizm to przede wszystkiem kościół rzymsko katolicki plus jakieś zabłakane odłamy. Myśle że obaj zgadzamy się że żaden z tych punktów widzenia nie jest poprawny.
Maciek dzisiaj wypożyczył już Cast Away-a na jutrzejsze spotkanie. Pozostaje upiec ciasto i posprzatac maskotki z goscinnego pokoju. Maskotki oczywiście –Scooby Doo.
Thursday, November 13, 2003
Dzisiejsze ulotki były najcięższe ze wszystkich jakie roznosiliśmy. Prawdopodobnie będzie ich coraz więcej bo święta się zbliżają. O 13.00 kolejny wykład z grafiki komputerowej. Tym razem oświetlenie było tematem. Tu na szczęście nie było zbyt dużo skomplikowanych obliczeń i prawie zero macierzy. Popołudniu wróciłem wcześniej żeby pozbierać kasę za gazety. Skończyło się na dwóch rundkach po osiedlu bo parę ludzi powiedziało że później będą mieć kasę. Z wieloma umówiłem się ostatnio że dziś przyjdę ponownie. Niewiele to daje bo tylko jedna osoba na pięć z zapamiętała to i miała kasę. Popołudni w końcu wprowadziłem sobie ten algorytm z książki Knutha co było wielkim sukcesem. Potem jeszcze zrobiłem jedno zadanie z konkursu którego nie rozwiązaliśmy i zrobiło się późno.
Popołudniu również dzwoniłem do immigration office ale okazało się że za późno. Znowu miałem przyjemność posłuchać maszyn i tym razem z żadnym człowiekiem nie porozmawiałem. Mam nadzieje że jutro jakiś ludzki głos w słuchawce usłyszę.
Wednesday, November 12, 2003
Z rana zadzwoniłem do UC. Najpierw dodzwoniłem się do pani która od razu, jak jej tylko powiedziałem ze jestem internationalem i że chce studiować na UC, przełączyła mnie na inny numer gdzie nikt się nie zgłaszał. Zadzwoniłem wiec do admission office na UC ale tam nikt się nie zgłaszał tylko informacje nadawali o godzinach urzędowania. Potem jeszcze raz zadzwoniłem pod ten numer pod który mnie ta pani za pierwszym razem przekierowała. Odebrała kolejna pani z nieco hinduskim, czy jakimś takim śmiesznym akcentem, która to przekierowała mnie znowu do admissions, gdzie kolejny raz mogłem wysłuchać informacji o godzinach urzędowania. Każdy telefon coś kosztuje bo to są long distance. Ile to kosztuje to się dopiero dowiemy. Potem jeszcze zadzwoniłem pod jeden numer na UC, nie wiem już jaki i w końcu wylądowałem w admisions office. Tym razem przysłuchałem się wiadomości o godzinach urzędowania. Okazało się że we środy, a dzisiaj właśnie środę mamy, zaczynają prace o godzinę później. Dlatego po odczekaniu jeszcze następnej połowy godziny zadzwoniłem znowu. Po raz chyba piąty usłyszałem informacje o godzinach urzędowania, ale potem odezwał się w końcu ludzki głos – byłem zaskoczony że jednak ktoś odebrał. Jest to dowód na to że Calgary ma czas o dwie godziny do tył i że czasem warto posłuchać co te maszyny maja do powiedzenia. Na rachunku telefonicznym zobaczymy ile mnie ta lekcja kosztowała. Co ważniejsze jednak dowiedziałem się że nasze admission do UC z sierpnia przepadło i nic już tego nie zmieni. Jedyna opcja to ta że będziemy tam studiować jako visiting students. Pani z którą rozmawiałem przypuszcza że nie będę musiał zmieniać statusu wizy. Dlatego też trzeba będzie się nam jak najszybciej skontaktować z immigration office żeby to wyjaśnić. Oczywiście też jest numer telefoniczny (toll free) pod który można dzwonić. Problem w tym że cały czas tam mają zajęte. To jest niepojęte w ogóle dlaczego tam akurat jest zajęte, ale nie wnikam. Zadzwonię jeszcze raz jutro.
Zanim zadzwoniłem ostatni raz do UC położyłem się spać na pół godziny. W tym czasie widok za oknem zupełnie się zmienił. Jak zasypiałem była jesień a jak się obudziłem była zima. Wszędzie biało. Padał mokry śnieg, a ja dziś jechałem zawieźć kasę do Chronicala za gazety. Niezły syf. Obiad zjadłem na stołówce LU i tak jak ostatnio wziąłem ze sobą dwa duże peperoni pierogi. Wieczorem znowu siedziałem nad jednym z algorytmów Knutha, to już drugi dzień się z nim męczę i jakoś powoli to idzie...
Tuesday, November 11, 2003
Maciek właśnie kopnął we wtyczkę i musze od nowa zacząć... Spotkaliśmy się dzisiaj z panią z international office. Nie miała dla nas dobrych wiadomości. Jeśli nadal będziemy chcieli się przenieść na University of Calgary (UC) to najpierw musimy zmienić naszą wizę. Żeby zmienić wizę musimy najpierw dostać papiery z UC, które potwierdzają nas tam przyjęcie. Następnie trzeba je przesłać do immigration processing center gdzie po 45-60 dniach jacyś urzędnicy zdecydują czy nadajemy się do UC czy nie. Aktualnie nasze wizy upoważniają nas do studiowania jedynie na Lakehead. Aby jednak otrzymać te papiery z UC być może będziemy im musieli przesłać nasze papiery z LU. Wygląda na to że po prostu mamy już za mało czasu na to.
Monday, November 10, 2003
Kolejne spotkanie z ludźmi z inżynierii programowania. Tym razem już, programowaliśmy. Pierwszy raz zjadłem obiad na uczelni. Na stołówce są mikrofalówki dla studentów i można sobie tam podgrzać obiadek. Na dworze ciągle ciepło i nie pada wiec jest bardzo przyjemnie. Jutro idziemy na spotkanie z panią z international office żeby dowiedzieć się czy jest jakaś informacja dla nas z immigration office. Zapowiada się również dzień internationali i być może będziemy mogli zareprezentować nasz kraj. Często tu w szkole odbywają się jakieś pokazy czy prezentacje. Raz była wystawa plakatów, innym razem prezentacje różnych klubów działających na uczelni. Ciągle coś się dzieje - uczelnia żyje. Nie są to żadne sztywne imprezy ale wszystko organizowane przez studentów. Czasem straszne głupoty np. klub graczy gier telewizyjnych albo coś takiego, ale każdy ma tu okazje coś zaprezentować. W Polsce na mojej uczelni był tylko dzień sportu i juwenalia, ale chyba nie powinienem narzekać bo sam nawt nie pomogłem w organizacji tych imprez...
Sunday, November 09, 2003
Zrobiłem dzisiaj kilka zdjęć. Ogólnie jednak mam ich niewiele. Zrobiłem zdjęcie zatopionych wózków w zamarzniętym strumyku. Wygląda to bardzo fajnie. Dzisiaj przyszła odwilż, temperatury w okolicach 3C. Popołudniu przejechałem się na rowerze po okolicy. Znalazłem kościołek na gorące prowadzony przez jakichś włoskich mnichów. Wjechałem sobie też do lasu. Straszny gąszcz drzew. Zszedłem z roweru i zboczyłem z dróżki. Po trzech metrach nie widziałem już ścieżki a po 20 miałem wrażenie że to już koniec świata. Być może taki las ciągnie się już aż do północnego końca świata. Gdyby nie ślady na śniegu i szum miasta w oddali to mógłbym mieć problemy z powrotem, bardzo łatwo tam stracić orientację.
Wypożyczyłem sobie z biblioteki LU D.E.Knutha „Fundamental Algorithms” – to pokonkursowe zafascynowanie algorytmami. „The Red Poney” Jona Steinbecka, bo nie było „Grapes of wrath”.
Saturday, November 08, 2003
Dzisiaj, tak jak wczoraj, trochę zaspałem i nie udało mi się roznieść gazet przed ósmą.
Na 10:00 pojechałem do ATACu na konkurs. Okazało się jednak że godziny są przesunięte bo godziny, wypisane w mailu który dostałem, były czasu centralnego. Poczekałem trochę, z reszta nie byłem sam, i zdaje się o 11:30 pan Benson (mój wykładowca z computer graphics) rozpoczął spotkanie. Najpierw rozdali nam koszulki i długopisy IBMa. Potem przedstawili mniej więcej plan i znowu mieliśmy czas wolny. Po godzinie znowu nas zebrali i przedstawili reguły okazało się również że nikt więcej z mojego teamu na pewno się nie pojawi. Jeden koleś był w podobnej sytuacji wiec pozwolono nam pracować razem, jak się później okazało, jako team który oficjalnie nie brał udziału w zawodach. Były jeszcze dwa teamy i były jak najbardziej oficjalne i w przeciwieństwie do nas były trzy a nie dwu osobowe. Dostaliśmy próbny problem do rozwiązania którego jedynie nam nie udało się rozwiązać, swoja droga założę się ze takie zadania robiłem kiedyś na Analizie Algorytmów. Mięliśmy jeszcze chwile czasu żeby zjeść lunch przed rozpoczęciem konkursu. Bardzo dobre jedzonko zaserwowano wiec wciąlem co nieco. Konkurs trwał pięc godzin a zadań do rozwiązania było 9. My rozwiązaliśmy tylko jedno dobrze. W zasadzie to ten koleś to rozwiązał ja mu tylko trochę pomogłem. Dwa programy które ja napisałem nie zdobyły żadnych punktów. Jednego nie oddałem bo nie byłem do końca przekonany co do poprawności jego działania a drugi po prostu był zły. Tak wiec w LU to mielimy ostatnie miejsce. Pozostałe drużyny z LU miały 5 albo 4 zadania. Na tablicy goście co chwila wywieszali uaktualnione wyniki z kilku prowincji i stanów które równocześnie brały udział w zawodach. Kolesie z Minnesoty po 11 minutach mieli już pierwsze zadanie. Ja wtedy pewnie jeszcze czytałem treść... Chyba tez oni zakwalifikują się z tego rejonu do finałów światowych które odbędą się w Pradze. Warto tu przypomnieć ze kolesie z Warszawy w zeszłym roku wygrali finał światowy , i nie raz reprezentacja warszawskiej uczelni nie raz brała udział w takich finałach. Po konkursie zjedliśmy pizze rzekomo fundowana przez IBM i ogólnie podsumowano wyniki. W pokoju był, tak samo z reszta jak i na początku, Mr. Alliare który jest moim dziekanem. To on był jury. Siedzieliśmy tam wcinając pizze. Ekipa dyskutowała o programach które napisali. Tak jak po egzaminach: „Jak to zrobiłeś?”, ”A czy tak jest dobrze?” itd. Dało się zaważyć że ten stosunek nauczyciela do ucznia jest inny niż w Polsce - nie ma takiego dużego dystansu. A czy to lepiej czy gorzej to trudno powiedzieć.
Teraz siedzę w domu i tak patrzę sobie na mój program i być może to ze program nie działał w jury to był problem kompilatora. Program pod .NET-em działał a pod Borlandem już nie. Nie będę zwalał winy na kompilator, ale jeszcze to sobie to jeszcze wyjaśnię. (Problem leży w linii: “res[diff]=res[diff]++;”).
Ogólnie to konkurs bardzo mi się podobał i gdyby tak rzeczywiście się do niego przygotować to mogła by to być niezła zabawa. W Polsce udział w takiej imprezie kosztuje 200 zł od uczestnika i śmiem wątpić żeby Politechnika pokrywała koszty. Koszty generalnie związane z wyjazdem do Warszawy. Nie wiem jednak czy nie trzeba jeszcze najpierw do tych zawodów w Warszawie się zakwalifikować z regionu.
Wieczorem pozbieraliśmy kasę z osiedla. Znowu miałem okazje podziwiać ten syf który niektórzy ludzie maja w domach – niesamowite. W domach i na zewnątrz tez. Ale do walających się worków ze śmieciami na trawniku już się przyzwyczaiłem... Miałem również z tej okazji poćwiczyć angielski. Raz rozmawia się z nativem, raz z jakimś Francuzem innym razem z podchmielonym nativem lepiej chyba się języka nie da uczyć...Maciek miał przygodę z jakimś kolesiem który wrzeszczał na całą ulice że chce 1.40$ z powrotem. Innym razem jedna pani wrzuciła 3$ napiwku – a to jest więcej niż zarabiamy na jednym domy na 2 tygodnie. Maciek był również na zakupach i mamy już herbatę której przez kilka ostatnich dni brakowało.
Dzisiaj tez znowu zmieniamy się z Maćkiem ulicami i będę miał tylko 19 gazet do rozniesienia podczas gdy Maciek 65.
Jak przez te 2 tygodnie chodziłem na Downing-u (to ta ulica bogatszych ludzi) to prawie codziennie sobie obiecywałem że zapisze to że przed niektórymi domami staja po 4 auta. Ja nie potrafię uwierzyć że to auta z tylko jednego domu, ale skoro tam stoją dzień w dzień... i bynajmniej nie są to jakieś stare gruchoty.
Friday, November 07, 2003
Dzisiaj spedzilem caly dzień w domu nie licząc roznoszenia gazet. W zasadzie sporo czasu spedziłem przygotowując się do jutrzejszego konkursu. Na 4-5 zadań udało mi się zrobić 1-2 . Są bardzo trudne. Cale popołudnie siedziałem nad jednym i znając już rozwiązanie nie potrafiłem go zaprogramować. Maciek był na FOCUSie i zaprosił ludzi na za tydzień do nas na oglądanie filmu. Niedawno Emily dala nam kupony dzięki którym będziemy mogli wypożyczyć parę filmów za darmo.
Thursday, November 06, 2003
Z rana przygody z gazatami. Obudzilem sie o 6:00 roznioslem ulotki na County. Wrocilem do domu po gazety ale ich nie bylo wiec poczeklam chwile i zjadlem sniadanie. Potem polozylem sie spac na 10 min. Sprawdzilem czy sa gazety ale nie bylo wiec znowu sie polozylem i tak w kulko az do 7:40. Potem Zadzwonilem do Chronicala ze powiedziec im ze nie mam gazet, a oni mi na to ze dzis gazety beda pare godzin pozniej. Polozylem sie w koncu spac. Obudzilem sie o 10:00 i gazety byly juz na miejscu wiec je dopiero wtedy roznioslem. Zdaje sie ze Emily odbrala kilka telefonow od customerow, w czasie jak ja poszedlem spac. Mowlia ze nie byly to mile konwersacje.
A dzien jak codzien zadnych nowosci - ciagle czekamy na odpowiedz w sprawie Calgary.
Teraz juz jest pozno 22:50 a ja jeszcze w ATACu, ale to dlatego ze mialem o 19:00 meeting ktory sie przed chwila skonczyl. Teraz czeka mnie jeszcze przejazdzka na mrozie (-11C) do domu, brrrr...
Wednesday, November 05, 2003
Dzisiaj wiekszosc dnia siedzialem nad zadaniami i przygotowywalem sie do zawodow. Niektore zadanka na pierwszy rzut oka wydaja sie ekstremalnie trudne ale po pzglebieniu tresci wydaje sie ze sa niemozebnie trudne!
Tuesday, November 04, 2003
Dotąd myślałem że jedyny Polak jaki ma szanse tu się dostać na pierwszą stronę lokalnych gazet to Papież. Okazuje się że nie. Dwóch rodaków wpadło na fantastyczny pomysł przekroczenia granicy Kanadyjsko Amerykańskiej na dziko. To że zostali złapani to swoja drogą też wyczyn bo ponoć na tej granicy stoi stosunkowo najmniej strażników na kilometr.
Na zajęciach koleś z computer graphics przełożył ostateczny termin oddawania projektów ale niestety nie będziemy mogli zobaczyć ich na tym super komputerze z piątego piętra.
Popołudniu zaczęło sypać śniegiem i znowu jest wszędzie biało. Prawdopodobnie przez najbliższy tydzień ten śnieg się utrzyma bo wg. prognoz najwyższa temperatura w nadchodzących dniach to –1C.
Zapisałem się dziś też na konkurs organizowany przez ACM, czyli ten który w zeszłym roku wygrał Team z Warszawy. Wieczorem usiadłem sobie i przekonałem się jak te zadanka są trudne, jak jedno zrobię to będzie wyczyn... W tym roku konkurs rejonowy odbywa się w ATACu więc nigdzie nie pojadę. Ale koleś który to organizuje w LU mówił mi że ostatnimi latami jeździli do innych miast. Najlepsze jednak jest to że wszystko IBM i szkoła sponsorują. Zjem sobie obiad, kolacje za darmo i dostane koszulkę.
Monday, November 03, 2003
Dzisiaj były lekkie gazety, zawsze w poniedziałki są lekkie.
Obudziłem się około 10:00 i pojechałem napompować ledwo co naprawione koło na stacje Shella. Później pojechałem do Intercity Mall żeby poszukać Polaka który ponoć jest tam właścicielem sklepu. Okazało się że byłem tam o pół godziny za wcześnie wiec postanowiłem pojechać do Canadian Tire żeby kupić żarówkę Type „S” 40W. Okazało się jednak że znowu mam pane w rowerze – nowiuśka dętka poszła. Ekipa z Canadian Tire która naprawia samochody, zmienia koła itp. nie miała pożyczyć jednak klucza żebym mógł sobie zdjąć i sam naprawić koło. Zadzwoniłem po Maca który przywiózł klucze z domu. Kupiliśmy łatki, zdjęli koło i okazało się że w oponie siedzi kawałek szkła który przebił obie dętki. Trzeba było wiec kupić nową oponę jako że ta stara wyglądała bardzo marnie. Jak tak czekałem na Maćka skoczyłem jeszcze raz do Searsa, do tego Polaka i pogadałem z nim i zostawiłem resume. Zobaczymy co z tego wyniknie.
Dzisiaj było bardzo zimno. Sprawdziłem to na necie i około 13:00 było –7C. Pewnie dlatego tak nieprzyjemnie się już jeździ na rowerze...
Oddałem też dzisiaj aplikacje w jednym domu starców. Prawdopodobnie się za jakiś czas ze mną skontaktują.
Wieczorem w TV znowu Matrix i znowu pierwsza część, nie wiem co jest grane.
Sunday, November 02, 2003
Przed mszą były wykład dla studentów z Education prowadzony przez tutejszego biskupa. Mówił o organizacji kościoła i o jego strukturze. Potem była godzina czasu na zadawanie mu dyskusje i na samym początku już stwierdził że uprzedzi pierwsze pytanie i zaczął omawiać stanowisko kościoła względem homoseksualistów. Okazuje się że w Ontario jakiś sąd zdaje się zmienił definicje słowa małżeństwo, dlatego ten temat jest na topie. Potem odprawił jeszcze msze. Bardzo wyraźnie mówił i po raz pierwszy wszystko zrozumieliśmy co jest mówione na mszy. Później pojechaliśmy do ATAC-u a jeszcze skoczyłem na basen. Wieczorem w TV leciał Matrix więc go sobie zobaczyliśmy. Przerywany był jednak 5 minutowymi reklamami co 10 min, także tu mówić o przyjemności oglądania. Leciała jednak jedna bardzo śmieszna reklama, jak ją zobaczyłem to dosłownie kulałem się ze śmiechu.
Saturday, November 01, 2003
Dzisaj zabralem sie za naprawianie rozwalonej opony. Maciek natomiast wzial udzial w turnieju szachowym. Ale po kolei... Rano gdy Maciek juz pojechal zdjalem detke z mojego gorala. Okazalo sie ze juz jest troche sparciala i ma juz dwie laty. Zpakowalem ja i pojechalem na kolarzowce, "Free Spirit" za 5$ na yard sale, do Canadia Tire. Tam przy okazji zakupilem zarowke do lampki ktora zgasla dobre dwa tygodnie temu i tasme do hokeja. Potem pojechalem na kolarzowce, "Free Spirit" za 5$ na yard sale, do Intercity Mall. Okazuje sie ze jest to gigantyczny sklep w zasadzie chyba z wszystkim. Tam wlasnie Maciek gral w szachy. Zanim go tam znalazlem spotkalem jeszcze Quincy i Jude - ludzie ktorych znam z FOCUS-a. No i poczestwali mnie sub-em i kawa. Troche pogadalismy, zwlaszcza z Jude (nie wiem dlaczego ma takie imie ale to jest facet, w sensie ze zawzse wydawalo mi sie ze Jude to jest imie zenskie). Wczoraj na spotkaniu zadalem im zagadke z 12 kulkami i dzisiaj Jude staral mi pokazac ze ja juz rozwiazal, ale chyba nie do konca to przemyslal... Potem jeszcze pogadalem z Mackiem ktory byl juz po 2 wygranych partiach i przed dwoma nastepnymi. Oglolnie w turnieju bylo piec partii do rozegrania ale Maciek na pierwsza sie spoznil. Potem pojechalem kolarzowce, "Free Spirit" za 5$ na yard sale, do fryzjera ktorago jeszcze ani razu nie odwiedzialem jak jestem tu w Kanadzie. Wchodze mysle sobie nie ma kolejki to chwile poczekam i zaraz sie za mnie wezmie. A koles sie mnie pyta na kiedy chce zrobic appointment. W takim razie mysle sobie ze warto bylo by znac cene skoro to juz ma byc jakis appointment... Zastrzelil mnie :16$. Wliczajac znizke! Podziekowalem... Chyba poszukam jakis nozyczek,czy noza w domu...
Potem przyjechalem do ATACU na kolarzowce, "Free Spirit" za 5$ na yard sale, i poczatowalem z rodzina. W zasadzie to teraz siedze w ATCU i dlatego musze sie zbierac, bo juz pozno a ja nadal nie wiem czy i co Maciek wygral...
A o kolarzowce, "Free Spirit" za 5$ na yard sale, chyba nie warto pisac bo poprostu szkoda slow...