Kanada 2003/2004
Wednesday, December 31, 2003
 
Dawno się nie uśmiałem jak dzisiaj wieczorem, ale o tym za chwile...
Na dzisiejszy wieczór nie mieliśmy nic przygotowanego. Rozważaliśmy możliwość wyjścia na miasto, ale pomysł upadł bo po prostu nam się nie chciało. Popołudniu poszliśmy do mola – do biblioteki i do Qality Market (to jest chyba jeszcze tańsze niż Safeway). W bibliotece wysłaliśmy stronkę FOCUSa na serwer i zawypożyczyliśmy kilka filmów, m.in. „Powrót smoka”. Około 18.00 naszego czasu odebraliśmy pare telefonów od naszych rodzin. Zadzwonił również Ian który spytał czy chcemy z nimi „go out”. Oczywiście powiedziałem że tak. Okazało się że oni „go out” na godzinę do kościoła a potem do jakiegoś pastora. Trochę mnie ta opcja przeraziła – sylwester u jakiegoś pastora...
Nim zjedliśmy nasz obiad (około 18:30) Patinowie już po nas przyjechali. Pojechaliśmy do ich kościółka gdzie trochę śpiewaliśmy i było coś jak gdyby kazanie.
Potem pojechaliśmy do Genea (to ten pastor) do domu. Oni to nazywają że on ”live out in a bushes”. Jechał nami syn pastora David ( ma jakieś 14 lat) i pokazywał nam drogę. Jechaliśmy około 20 min aż w końcu skręciliśmy w boczną drogę. Jechaliśmy nią już trochę kiedy to Coline (żona Iana) powiedziała do Davida : „Oh, you have a long driveway”. A on na to „That is not out driveway yet”. Wtedy skręciliśmy na jeszcze węższa drogę. Po chwili ukazal sie dom - koniec świata.
Ich dom to był w połowie dom który przywieźli sobie (chyba) z Winnipeg. A drugą połowę dobudowali z drewna. Ponoć kiedyś popularne było kupowanie domów które można było przemieszczać.
Terry (żona pastora) zaproponowała ciekawą grę. Polegała ona na tym że jedna osoba zadawała pytanie np. typu „Z jakim bohaterem filmowym utożsamiasz się najbardziej”. Następnie inna osoba zbierała kartki z odpowiedziami od wszystkich i czytała je głośno. Osoba która wymyśliła pytanie próbowała odgadnąć kto udzielił jaką odpowiedź. Bardzo dobra zabawa – zabawna !
Właśnie podczas tej gry niemożebnie się uśmiałem. Trzeba jeszcze krótko scharakteryzować Coline. Jest strasznie miłą osobą, niezmiernie często powtarza zwroty „Good”, „That is great
”, „Good for you”, „Isn’t this something,eh?”, „Nice”, „Uhmmm” itp.. Jak to się mówi muchy by nie skrzywdziła, dla każdego stara się być przeuprzejma. Druga osoba którą trzeba tu opisać to Phil – ojciec pastora. Starszy gość, nie żeby był przeciwieństwem Coline, ale nie można powiedzieć żeby był wylewnie uprzejmy. Podczas całego wieczoró odezwał się dwa razy. W zasadzie były to takie dwa krótkie wtrącenia.
Gdy nadeszła kolej Coline, wymyśliła ona takie pytanie „Jeśli byś mógł co byś zmienił w swoim wyglądzie” (the way you look). Każdy z uznaniem spojrzał na Coline – tak, dobre pytanie, teraz to nasz wszystkich odgadnie. Po przeczytaniu odpowiedzi zorientowaliśmy się że było to najgorsze pytanie jakie mogła zadać. Że wymienię kilka odpowiedzi: ”I would like to change the shape of my head”, „Weight, height and depth”, “Everything” i najlepsze: „ I would like rearrange my face a bit”. Teraz przemiła Coline musi wzkazać osobę która ona myśli że powiedziała np. „I would like to change my face a bit”. To tak jak by miała powiedzieć komuś prosto w twarz w obecności 10 osób masz najbrzydszą twarz z nas wszystkich albo jesteś gruba. Ja po prostu tam płakałem ze śmiechu.
Zaczęło się wybieranie. Po pewnym czasie Colline przed każdym wyborem mówiła „Please don’t take it as a offence”(?) żeby załagodzić sytuację. Gdy przeszło do kształtu głowy powiedziała: ” Ja naprawdę uważam że macie wszyscy ładne głowy”. Wtedy odezwał się po raz pierwszy Phil: ” No to dobrze, ale teraz musisz wybrać tą która ci się najmniej podoba”. Ta wstawka dziadka Phila, gdybym nie siedział, powaliłaby mnie z nóg.
W trakcie gry okazało się że któryś z gości w portfelu nosi zdjęcie największej koparki na świecie. Wtedy niektóre panie zaczęły żartować miedzy sobą że faceci to są dziwacy. Wtedy Phil po raz drugi się wtrącił swoim ochrypniętym głosem ”The strangest thing about guys is that they like woman”. Zrobiło się cicho, bo w pierwszej chwili nikt nie wiedział jak na to zareagować.
Potem zaczęliśmy grać w klaski. Gdy wybiła dwunasta wszyscy, dosłownie przez chwile, poklaskali, coś tam wykrzyknęli i graliśmy dalej.
Po powrocie do domu, około 0:30 włączyliśmy film z Bruce Lee i Czakiem Norisem „Powrót smoka”. Po tym mordobiciu poszliśmy spać.
Tuesday, December 30, 2003
 
Zapłaciliśmy ostatni bill w Chronicalu. Myśleliśmy że oddadzą nam też kasę która od nas ściągali za każdym razem w ramach tzw. Bond contribution. Okazuje się jednak że zwrócą nam ją dopiero za couple of weeks. Boje się już że sobie od tego coś potrącą – powody do tego to oni sami szybko znajdą. No nie wiadomo... Mówili że dostaniemy to z powrotem razem z interest rate...
Odebraliśmy też 10$ gift certificate z Canadian Tire i pojechaliśmy tam na zakupy. Zakupiliśmy smar do rowerów. Na etykietce obiecują że po nasmarowaniu będziemy szybciej jeździć...
Wieczorem Maciek wykończył stronę FOCUSa, a ja jeszcze skoczyłem na łyżwy.

Monday, December 29, 2003
 
Rano popisałem trochę skryptów php na stonkę FOCUSa. Popołudniu pojechaliśmy do Iana. Najpierw zobaczyliśmy film „Hope and glory”. Następnie zjedliśmy leftovers ze świątecznych potraw. Było to ciasto z mięsem, zdaje się nazywali to meat pie. W każdym bądź razie w środku były kawałki indyka, ziemniaki, groszek i inne warzywa.
Następnie spożyliśmy dobry podwieczorek razem z mamą Iana. Pochodzi ona z Yorkshire i ma bardzo fajny akcent. Trochę wydawałoby się osłabł po 60 latach spędzonych w Kanadzie. W przyszłe lato planuje podróż zachodnim wybrzeżem Kanady aż po Alaskę. Dowiedzieliśmy się również od niej że dom ogrzewają ciepłem z gruntu. Pierwszy raz o takim czymś słyszałem, ale ponoć pod trawnikiem na głębokości około jednego feeta mają zakopane rurki z wodą. Dodatkowo w domu jakąś pompę oraz maszynę która pobiera ciepło z tej wody. Inwestycja w ten typ ogrzewania ma im się zwrócić po 10 latach.
Poznaliśmy też córkę Iana, Melisę (nie mam pojęcia skąd oni te imiona biorą). Przyjechała z BC na święta do domu. Podczas gdy ona farbowała sobie włosy my rozegraliśmy partyjkę scrabbles razem ze Stella i Yanem (znajomymi z Chin), Ianem i mamą Iana. Przegraliśmy jednym punktem z Chinami... Melisa wraz z koleżankami które przyszły ją odwiedzić dała koncert. Grała na pianinie i śpiewała. Prawdopodobnie gdy były młodsze razem śpiewały, w każdym bądź razie dzisiaj bardzo ładnie im to wychodziło. Jej brat, Tod ponoć też gra na pianinie tylko że bardziej profesjonalnie. Mówią że w Thunder Bay nie ma dla niego nauczyciela który mógłby go czegoś nauczyć – jest samoukiem.
Wieczorem zobaczyliśmy na ogromnym telewizorze K-Pax. Do domu wróciliśmy około 2:00 w nocy. Dobrze jest czasem wyrwać się z tego środowiska w którym żyjemy i zobaczyć inna Kanadę. Zastanawiamy się czasem jak wygląda życie przeciętnej rodziny w Kanadzie. Czy jej obraz jest bardziej zbliżony do tych które widzieliśmy zbierając kasę za gazety, czy może bardziej przypomina rodzinę Iana.
Sunday, December 28, 2003
 
Po mszy skoczyliśmy do ATACu. Niewielu świrów co do szkoły chodzą w święta tam było, a przeważnie byli to Chińczycy. Stworzyliśmy grafikę do strony FOCUSa którą mamy zamiar zbudować do końca tego roku.
Jak na pierwsze dni zimy to bardzo ciepło. Temperatury dodatnie, śnieg się topi, wszędzie ogromne kałuże, a z lodowiska robi się ciapka...

Saturday, December 27, 2003
 
Poszliśmy do biblioteki gdzie wypożyczyłem 20 płyt i 5 filmów. Zawitaliśmy również do Zellersa gdzie kupiłem piłeczkę i krążek. Oba pomarańczowo odblaskowe i miękkie także piłeczka się nie odbija a jak ktoś oberwie z krążka to nie będzie boleć - świetna rzecz. Wieczorem Maciek zobaczył wypożyczonego Das Boot-a, a ja kończyłem Kapuścińskiego. Potem jeszcze zobaczyliśy E.T., ale tylko pierwsze 10 min., następnie film National Geographic o Hilarym co na Mt. Everest wszedł. Generalnie jednak sporo się nudzimy – za dużo czasu spędzamy w domu.

Friday, December 26, 2003
 
Rano pojechałem na lodowisko. Niestetyt bez piłeczki którą straciłem. Na lodowisku grało czterech chopaków (coś jak ósma klasa podstawówki) w hokeja. Dołączyłem do nich. Bardzo dobrze się bawiłem i musze przyznać że byłem pozytywnie zaskoczony. Wcale gorzej od nich nie grałem. Na pewno jednak mam od nich gorszą kondycje. Po którejś akcji z kolei tak się zdyszałem że musiałem se usiąść – więcej tego dnia nie grałem.
Na czwartą poszliśmy do cioci. Pogadaliśmy przy stole w kuchni z Anną i ciocia, pooglądaliśmy TV z Charliem. Dziwna panuje tam dziwna atmosfera, wszyscy są wyłączeni, quasi-obecni - święta wokół telewizora. Wieczorem przyszła jeszcze rodzina drugiego syna cioci, my natomiast zmyliśmy się stamtąd. Odwiozła nas Anna. Dostaliśmy również prezent od cioci w postaci wielu artykułów spożywczych i słodyczy.
Bill za gaz (ogrzewanie) za 2 miesiące 100$.
Thursday, December 25, 2003
 
Rano nasze stockings znaleźliśmy wiszące w kuchni wypchane różnymi rzeczami. Przede wszystkim były to kosmetyki. Zanim zjadłem śniadanie poczytałem sobie Kapuścińskiego którego wczoraj znalazłem pod choinką. W momencie gdy skończyłem jeść śniadanie przyjechał Cliffton. W lekkim pośpiechu pozbieraliśmy się i pojechaliśmy do Millerów. Po drodze zabraliśmy jeszcze 4 Chińczyków z FOCUS grupy. Razem było około 12 osób u Merry Lou i Clifftona w domu z czego 8 Chińczyków. Było bardzo przyjemnie. Spędziliśmy czas na graniu w gry planszowe oraz jedzeniu. Zobaczyliśmy tez kiczowaty film na koniec.
Cliffton w piwnicy zbiera antyki. Pokazał nam parę z nich i opowiedział ich historie. Miał tam np. szafkę która nazywała się coś jak ‘cake shalter’. Używano tego typu szafki do przechowywania ciastek tak żeby myszy nie mogły się do niech dostać. Mieli też tam kredens w którym jedna z szafek była przeznaczona na zbiornik z mąką. Miał wysuwany blat i jeszcze inne bajery. Meble dawały wyobrażenie o tym jak wyglądało życie na amerykańskiej farmie np. w latach 50-tych. Było też tam 150 letnie biurko które było custom made dla jakiegoś doktora.
W drodze powrotnej obok uniwersytetu widzieliśmy lisa przebiegającego przez ulice. Do domu wróciliśmy około 22:30.
Wednesday, December 24, 2003
 
Jeśli chodzi o rower to tylnie koło jest do bani. Ośka się zepsóła i chyba tego już sami nie naprawimy, więc mamy jeden rower z glowy.
Obódziliśy się dosyć późno. Przed wyjściem do cioci Maćkowi udało się zrobić kapustę z grochem, a ja trochę posprzątam. Oczywiście były też telefony z Polski.
U cioci była jeszcze jej córka która przyleciała z Sidney (Nowa Szkocja) i jej syn z Winnipeg. Mają może jakies 40 lat wiec nikogo w naszym wieku poza nami tam nie zastaliśmy. Generalnie wigilia polegała na oglądaniu wiadomości oraz świątecznych programów w TV. Trochę poczatowaliśmy bo okazuje się że Charlie (syn cioci) był w Polsce, i ma parę ciekawych wspomnień. Przykładowo jakiś taksówkarz, który zawiózł go na stacje PKP, miał mu kupić bilet na ekspres. Taksówkarz był jednak na tyle sprytny że kupił bilet na osobowy nic nie mówiąc. Charlie dopiero w pociągu, który zatrzymywał się na każdej stacji, zorientował się co się stało. Zostaliśmy tez zaproszeni na 26 na obiad do cioci.
Po przyjściu do domu odpakowaliśmy prezenty, połamaliśmy się opłatkiem i wypchaliśmy stocking Emily cukierkami z Polski.
Przy bardzo minusowej temperaturze poszliśmy na ‘midnaight mass’, która była odprawiana po włosku i angielsku. Zdecydowana większość była po angielsku, ale miło było posłuchać włoskich wstawek.
Tuesday, December 23, 2003
 
Dzień spędziliśmy na wysyłaniu e-maili. Wizytę w ATAC-u wykorzystaliśmy również na dopieszczenie naszych stron www. Wieczorem zakupy i zbieranie kasy. Nie będziemy mieli na Święta makówek – nie ma mielonego maku...Gdy wracalem z uczelni zepsuł mi się rower, cos z tylnim kołem. Jutro zobaczę co się dokładnie z nim stało.
Monday, December 22, 2003
 
Nie, nie chcę, Maćku, tej sałatki... No jak to się czym odżywiam ?! Tak, tak rodzynki w cieście są dobre. Aha jajka... źle usłyszałem...
Rano zdecydowaliśmy się pojechać na górę McKay. Pozbieraliśmy się i pognaliśmy na naszych rowerach w kierunku góry. Najpierw do szkoły, potem na Barmoral, obok Con College, Waterloo, Welsh, James i dojeżdżamy do podnóża góry. (Maciek mówi że właśnie je wyśmienitą sałatkę która zrobił WŁASNORĄCZNIE). W pobliskiej stacji paliw pytamy o drogę. Mamy dwie opcje. Jechać następne 10 – 15 mil i wejść na górę po wygodnej drodze, lub zakatować ją od stromej strony, ośnieżonym żlebem. Wiadomo co wybraliśmy. Żeby jednak dostać się do samego podnóża trzeba było wjechać na czyjś teren prywatny. Długo się zastanawialiśmy, ale w końcu się wkradliśmy. Rowery zostawiliśmy obok dużej skały w śniegu coby ich nikt nie widział.
Zaczęliśmy podchodzić. Było bardzo stromo, wszystko pokryte mokrym śniegiem. Jak na pierwszy dzień zimy to bardzo dziś było ciepło. Podejście tym żlebem bardzo niemiłe bo wchodziło się po (jak to Maciek nazywa) odłamach, łupkach granitowych. Jedyna metoda która skutkowała to taka że chwytało się jakiś drzew czy jakiś innych krzaków i na nich wciągało się do góry. Ja szybko straciłem Maćka z oczu bo ten został na dole i jak się później okazało w ogóle zrezygnował z podejścia ze względu na kłopoty z kolanem. Ja wszedłem, a raczej wpełzłem na ¾ wysokości góry, zrobiłem zdjęcie i zjechałem na dół. Pozbieraliśmy rowery i wróciliśmy do domu. Może wejdziemy na tą górę kiedy indziej...
Najwięcej czasu to nam zabrała ta jazda na rowerach tam i z powrotem. Przynajmniej zobaczyliśmy nową cześć miasta.
Popołudniu poszedłem zbierać kasę. Pani z pod 388 strasznie mnie wkurzyła bo mówiła że zadzwoniła do Chronicala i że już tam jej powiedzieli że już mi nie musi więcej płacić. Miała u mnie dług 30 $ i oddała tylko 20 $. A w Chronicalu to tak naprawdę nikt nie wie ile ona ma mi zapłacić bo oni się tym nie interesują, wiec przypuszczam że po prostu mi kłamała w żywe oczy – rewelacja.
Jak tak chodziłem po osiedlu to mnie takie łebki, co mi do pasa sięgają, zaczęły zagadywać, że oni to są jacyś power rangers czy coś. Skończyło się na tym że minie chcieli pochwycić i obrabować. Było ich dwóch. Powiedziałem im żeby poszli sprawdzić czy ich tam na drugim końcu ulicy czasem nie ma. A że chłopcy byli sprytni tylko jeden z nich poszedł sprawdzić a drugi został mnie pilnować. Udało mi się jakoś uciec, bo ten power push który przeciwko mnie stosował był za słaby. Dałem dyla a chłopak nie mógł mnie gonić bo wyszedłem poza swój rejon. Przypuszczam że chodziło mu o rejon w którym pozwoliła mu się mama (mom) bawić. Oprawców miałem z głowy . Uff...
Tak, tak już gaszę światło, wyłączam chrząszczący komputer i kładę się spać. Nie będę pisał że moja karimata jest niewygodna, skąd ci takie pomysły do głowy przychodzą?!
Sunday, December 21, 2003
 
Niedziela w dużej części minęła przy komputerze. Konkretnie przy gg.
Zdecydowaliśmy że 24 pójdziemy do cioci na wigilie a 25 pójdziemy do Clifftona i Merry Lou, tych którzy organizują tą grupę Focus. Prawdopodobnie będą tam jeszcze jakieś Chinki. Musimy jeszcze powiadomić o tej zmianie planów ciocie.
Nie roznosiliśmy dziś już gazet - pierwszy dzień wolności! Da się jakoś przyzwyczaić.
Zima ma się zbliża a tu takie upały –2 C dzień / -14 C noc.
Ostatnio, przy kolacji snuliśmy z Maćkiem wizje kataklizmu w Thunder Bay zimą. Upały, temperatura powyżej „–10”. Miasto sparaliżowane. Rodzice z obawy przed udarem słonecznym nie wypuszczają dzieci z domów. Plażowicze szybko zaludnili ośnieżone plaże. Grubość lodu na jeziorze spadła do 10 metrów i da się wykuć przeręble. Wielu ludzi ginie bo po zanurkowaniu przerębel za szybko zamarza. Grupa rockowa „Eskimos” odwołała koncert charytatywny na rynku ze względu na upał. Notabene koncert miał się odbyć ku czci dwóch strażaków z Arizony (sprowadzonych do TB ze względu na alarmową sytuacje) którzy zamarzli niosąc pomoc 90 letniej staruszce. Lekarze nie chcą niczego przesądzać ale chodzą słuchy że zmarła ze względu na poważne poparzenia. I tak dalej i tak dalej... śmiesznie było.
Wieczorem około 21:00 poszliśmy na lodowisko. Maciek stał na bramce, a ja naparzałem w niego piłeczką. O 21:30 zgasili światło i trzeba było się zmywać.

Saturday, December 20, 2003
 
Przed obiadem pojechalem na lodowisko. Ból kręgosłupa po wczorajszej jeździe dawał się we znaki. Jeździłem tak trzy godziny. Potem poszedłem zbierać kasę bo skończyliśmy już zabawe z gazetymi i chce mieć to zbieranie jak najszybciej za sobą. W sumie to nieźle poszło. Potem pojechałem na zakupy do Safewaya. Potem znowu zbierać. Na Downingu dawali spore napiwki z okazji świat np. 12$ a zbieram po 8.60$. Teraz już jestem w domu i wszystko mnie boli od tego hokeja...
Przed domem leżą ulotki ale ja tego już nie będę roznosił, coś im się powaliło w Chronicalu...
Friday, December 19, 2003
 
Rano pojechałem do biblioteki żeby się do niej w końcu zapisać. Po drodze zahaczyłem o lodowisko. Wbrew moim przewidywaniom okazało się że jest poodśnieżane. W Zellersie udało mi się kupić piłeczkę która idealnie nadaje się do gry w hokeja. Biblioteka, Zellers i jeszcze parę innych sklepów i restauracje znajduje się w jednym mallu. Zellersa poszedłem do biblioteki żeby się za pisać. Ponieważ aby zostać zapisanym trzeba przedstawić jakiś dokument z adresem zamieszkania wziąłem pocztówkę oraz paszport żeby mieli moje dane. Dostałem parę ulotek i kartę. Jednorazowo mogę wypożyczyć 10 DVD, 5CD-ROMów, 20 CD i 10 filmów. Chociaż zasoby akurat w tej bibliotece w której się zapisałem, to wybór jest duży. W całym mieście są biblioteki w których mogę wypożyczać, a do mojej są w stanie cokolwiek dla mnie sprowadzić, z pozostałych, w ciągu dwóch dni. Dodatkowo mają dość dobrze stronę www na której można przedłużać książki i tego typu rzeczy. Za pierwszym razem wypożyczyłem tylko 10 płyt...
Zaraz potem udałem się na lodowisko. Jako że mam już cały sprzęt hokejowy skompletowany, znaczy kij i piłeczkę trochę sobie pograłem. Niestety sam. Wziąłem sobie butelki po pepsi napełniłem wodą (żeby wiatr nie zwiewał, a i tak zwiewał) i postawiłem jako tyczki. Tak sobie ćwiczyłem jazdę miedzy tyczkami dobre półtorej godziny, aż tu nagle przed lodowiskiem stanęły dwie ciężarówki. Stały tak, więc jeździłem dalej. W pewnym momencie wjechały i zaczęły wylewać wodę z 1000 galonowych zbiorników, których przedtem nie widziałem. Pozbierałem więc moje manatki i pojechałem do dom.
Na obiad zjedliśmy ostatnią pizze Delicio z przeceny. Pycha. Popołudniu zATACowaliśmy. Zgrałem sobie na płytę Java SDK i NetBeans IDE tylko po to żeby się potem przekonać że mój laptop się takich rzeczy nie ima...
Wieczorem pojechaliśmy na bożonarodzeniowe spotkanie grupy FOCUS. Odbyło się u Clifftona i Merry Lou. Bardzo mają ładny dom tak już poza miastem. Zawiózł nas tam Ian. Było bardzo dobre jedzenie. Merry Lou zrobiła dla nas nawet Bigos, bo gdzieś miała przepis i pisało że to polski specjał. Był bardzo dobry. Sporo porozmawialiśmy na spotkaniu, w zasadzie byli tylko Chińczycy i my z internatiolalów. Yan (którego oczu w ogóle nie widać) przyszedł z żoną, która niedawno przyjechała do niego z Chin. Tydzień temu myślałem że ona w ogóle nie potrafi mówić. Dzisiaj natomiast strasznie dużo nawijała. Teraz widzę jak ci Kanadyjczycy muszą się męczyć z tymi internationalami. To co ona chciała powiedzieć udawało mi się domyśleć z 3 pierwszych wyrazów zdania. Jej natomiast wypowiedzenie całego zdania poprawnie, z wszystkimi przerwami, zajmowało bardzo dużo czasu. Trochę współczuje Yanowi jak tak musi czekać i patrzeć jak się jego żona męczy żeby coś powiedzieć. Myślę jednak że jej nauka angielskiego przyjdzie bardzo szybko bo gada strasznie dużo.
Ian powiedział że dużo wie na temat Chin, bo wszystko co ma jest made in China. Aha, Yan pochodzi z małego miasta w Chinach – populacja około 500 000. W zasadzie, Pekin i Szanghaj zamieszkuje tyle samo ludzi co całą Kanadę.
U Millerów (Cilffton i Merry) zjedliśmy dobrą kolacje potem podwieczorek. Jako że wczoraj mili swoja, zdaje się 49 rocznice ślubu, trochę poopowiadali o czasach jak to byli młodzi. Zdaje się że mieszkali w Ohio. Merry Lou ojciec chciał żeby została na farmie i obiecał jej że jak skończy studia to w nagrodę dostanie traktor! Na końcu było Bible Study. Cliffton przynudzał. W ogóle to przypomina mi trochę z charakteru Neya. Później pojechaliśmy oglądać domy obwieszone światełkami. Oni tu naprawdę świrują. Pojechaliśmy do tych które brały udział corocznym konkursie na najlepszy wystrój. W jednym domu nie dość że grała muzyka to jeszcze na jakimś starym projektorze był rzucany film na prześcieradło zawieszone przed garażem. Było tam jasno jak w dzień. Potem pojechaliśmy na drugą stornę miasta ale tam już dom który chyba wygrał konkurs zgasił swoje światłą. Nie dziwi to bo ponoć zakablowany był spory kawałek lasu dookoła...
Dziwnie jakoś się czułem w aucie. Wydaje mi się że od około dwóch miesięcy nie jeździłem autem.

Thursday, December 18, 2003
 
Dzisiaj z rana było ostatnie roznoszenie ulotek. Na tą okazję zapomniałem wziąć ze sobą karteczki na której mam wypisane numery domów. Wrzucałem więc ulotki na czuja. Pani z pod 329 jako jedyna upomina się o ulotki w Chronicalu więc o niej nie mogłem zapomnieć, a reszta jest nieważna. 387 od dwóch tygodni nie dostaje bo jest za daleko...
Skoczyliśmy do ATACu popołudniu gdzie udało mi się dokończyć moją stronę (http://flash.lakeheadu.ca/~rwinkler) w wersji angielskiej. Pozostaje jeszcze zrobić polska... Jednak nie mam na to już ochoty. Zainstalowałam sobie gg i zostałem aż do 19 w ATACu. Zebrałem dziś 8.60$ to znaczy tylko jedna osoba mi zapłaciła. Pani która powiedziała żeby dziś do niej przyjść po kasę w ogóle nie była w domu.
Przypomniało mi się że z rana okazało się że wygraliśmy 10$. Chronical żeby zachęcić carrierów do roznoszenia dodatkowych ulotek ogłosił konkurs. Każdy carrier który rozniósł 100% swoich ulotek brał udział w losowaniu. Jako że na jednej ulicy udało mi się wszystko roznieźć mój route też brał udział w losowaniu. Wylosowali chyba z 50 takich routów i dali każdemu 10$. Poza tym dostaliśmy kolejny list świąteczny od jednego z customerów razem z 20$.

Wednesday, December 17, 2003
 
Wieczorem mieliśmy gościa. Znaczy pokazała się Emily. No i padł śmieszny dialog.
Emily: Czy ta kapusta jest moja czy wasza?
Maciek: Tak.
E.: Ha ha ha. Pytam się czy to jest moje czy wasze a ty mi mówisz „tak”. A to dobre. Ha ha.
M: Myślałem że pytasz czy to jest nasze wiec powiedziałem tak.
E: A jest?
M: Nie.
Siedzieliśmy i tak chatowaliśmy z Emily do później godziny.

Tuesday, December 16, 2003
 
Teraz Maciek znowu mnie przekonuje że i tak nie mam o czym pisać skoro cały dzień przespałem. Myli się jednak, ponieważ byłem na poczcie w mallu. Okazuje się że ten mall koło nas wcale nie jest taki mały. Jest tam nawet biblioteka do której mam zamiar się zapisać. Można wypożyczać tam także muzykę. Konkretnie do 20 płyt CD na raz. Jak się tak rozglądałem to wyglądało na to że jest co wypożyczać. Jedyny problem jest taki że nie mam żadnego ID z moim adresem (to jest wymagane żeby się zapisać). W bibliotece jest także interenet za damo. Stosunkowo mało tam jest tam książek.
W ogóle to w nocy bardzo dużo śniegu napadało. Nie wiem ile to by było w cm bo Maćkowi wydaje się że to było 25, mi natomiast że 5. Rano poodśnieżałem przed domem. W południe zerwał się jednak wiatr który dmuchał do wieczora i wejście do domu mieliśmy znowu zasypane. Znowu więc odśnieżałem. Prawdopodobnie ta nowa warstwa śniegu za trzy, cztery dni będzie na tyle zlodowaciała że nie będzie mowy o żadnym odśnieżaniu. Ludzie poruszają się już jedynie po poodśnieżanych chodnikach, a jeśli takich nie ma to po jezdni. Ja by tak dalej miało padać przez następne dwa tygodnie to chyba moglibyśmy drążyć tuneliki z domu do domu, co mi się, swoją droga, zawsze marzyło. Rano gdy się obudziłem była już ósma piętnaście a za oknem nadal było ciemno. Wszystko przez te gęste chmury i opadu śniegu.

Monday, December 15, 2003
 
Sprawiliśmy sobie prezenty pod choinkę. Mianowicie zakupiliśmy sobie w golarki, takie na baterie, z przeceny. Na razie odstawiamy na bok żeby można je było wrzucić 24 pod choinkę. Tak po za tym to... Pytam się właśnie Maćka czy coś się dziś ciekawego działo. Odpowiada prosto z mostu: „Nie.”
Sunday, December 14, 2003
 
Przed rozniesieniem gazet zadzwonił do mnie tata co mnie bardzo zaskoczyło i ucieszyło. Dzisiaj jeździłem na łyżwach po raz pierwszy na otwartym lodowisku niedaleko domu (około 0,5 km). Było tam sporo dzieci, i faceci pykali sobie w hokeja. Jak będę miał własny kij to mam zamiar sobie z nimi pograć. Za tydzień ponoć ma być włączone oświetlenie wiec będzie można wieczorami grać.
W domu, Emily spaliła pierogi w bardzo sprytny sposób. Na maksymalnie rozgrzaną patelnie z olejem wrzuciła zamrożone pierogi. Natychmiast pierogi się od spodu zwęgliły nawet nie rozmrażając się u góry...
Zobaczyliśmy wieczorem „Insomnie” poprzedzoną krótkimi filmami o Matrix-ie.

Saturday, December 13, 2003
 
Dzisiaj zrobiliśmy zdjęcie przed szkołą jak jeżdżę na łyżwach. Zaraz obok uczelnianych budynków jest mały stawik gdzie można pojeździć. Wysłałem emaila do Adeeshy, znajomego z Victorii, z pytaniem czy by nas nie przenocował. Posprawdzaliśmy parę szczegółów a stronie UVICu i wróciliśmy do domu gdzie zobaczyliśmy drugą część Matrixa. Byłem też w Zellersie żeby zobaczyć ceny kijów do hokeja. Są do 13$ wzwyż.
Friday, December 12, 2003
 
Wieczorem daliśmy popis w kościółku luterańskim, do którego wraz z reszta internationali byliśmy zaproszeni przez Cliftona i Merry Lou. Internationale z Chin, Brazyli, Sri Lanki, no i oczywiście my śpiewaliśmy „Cicha noc” w swoich ojczystych językach. Nie wszycy razem oczywiscie. Zdaje się że trochę fałszowaliśmy ale przecież nikt się nie spodziewał występu doborowych wokalistów... Przed nami dala występ świetna para, chyba małżeństwo. Ta dziewczyna miała niesamowity głos, po prostu niesamowity – druga Eva Cassidy! Ale po naszym występie, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu podszedł do mnie taki gościu i zaprosił mnie do siebie do biura na po świętach. Usłyszał, kiedy przed występem się przedstawialiśmy, że studiuje informatykę. On prowadzi firmę informatyczna no i chce się ze mną spotkać. Mam nadzieje że zdaze mi się do niego jeszcze pójść jeśli okaże się że jedziemy do Victorii. Po za tym że tam śpiewaliśmy Cicha Noc to jeszcz sobie dobtrze pojedliśmy. Było to spotkanie całego luterańskiego community z okazji Bożego Nardzenia i było całkiem miło. Siedzieliśmy przy stole z Quincy i Jude i jeszcze z 4 innymi ludźmi których kiedyś wcześniej już poznałem. Na spotkanie paru ludzi z community przyniosło na mini wystawę swoje dzieła typu zdjęcia, rzeźby, prześcieradła. Ta pani która robi te prześcieradła, koce, czy jak to nazwać, ponoć jest bardzo znana bo jedno z jej dzieł wisi w National Art Gallery w Ottawie. Szyje z małych kawałków materiału, które sama farbuje, takie właśnie koce. Cliffton mi nazwę tych kocy przeliterował i zapamiętałem coś jakby „Quilts”. Clifton mówił mi że to co tam wisiało mogło by kosztować nawet 5 000$!
Jeszcze jedna rzecz mnie bardzo cieszy. Mianowicie że lodowisko obok nas już „działa”. Wylali tam wodę, wszystko zamarzło (ostatnio mamy mrozy do –20C w nocy) i widać że ktoś tam już jeździł. Fantastycznie, całe boisko, cały dzień za darmo! Może będę musiał sobie jakiegoś kija i pileczke zorganizować.

Thursday, December 11, 2003
 
Dzisiaj popoludniu zaplacilem w Chronicalu nasze bille. Probujemy sie skontaktowac z Jamey Rosdobudka ktory jest naszym pracodawca ale jakos nie odpowiada na nasze telefony i voice-message-e. Zostawilem mu wiadomosc w Chronicalu i zobaczymy czy sie odezwie. Popoludnie przesiedzialem w ATACu i mam teraz sporo czasu i nie musze sie wiecej uczyc, wiec mam nadzieje ze wystarczy mi checi zeby skonczyc moja stronke www.
Jutro idziemy spiewac 'Cicha Noc' do jakiegos luteranskiego kosciolka - wogle mnie ten pomysl jakos nie bawi.
Aha zapomnialbym o najwazniejszym. Widzialem jak kolesie na stawie kolo jeziora grali w hokeja. Znaczy ze mozna juz spokojnie na lod wchodzic. Wogle klimat jest niezly: lodowisko na campusie, poprostu bajer !
 
Nic ostatnio nie pisałem bo miałem dobrą wymówkę żeby nie pisać. Przygotowywałem się do egzaminu. Egzamin napisałem wczoraj, ale o tym to zaraz. Najpierw napisze co się działo przez te ostatnie 5 dni. Hum.. chyba nic bo nic nie pamiętam, poza tym że przesiedziałem więcej czasu niż zwykle przed książkami. Uczyłem się trochę w bibliotece bo mają tam specjalnie przygotowane takie stoły osłonięte z 3 stron coby nie rozpraszać, wrażliwego na wszelkie zakłócenia, studenciny. Mają też w bibliotece bardzo małe sale (jak polowa tramwaju w Hanie) gdzie mieści się tylko tablica i jedna ławka. Włazi tam np. osiem osób i studiują. Niezły pomysł takie sale. Zdaje się że była to niedziela kiedy wypożyczyliśmy sobie Kandahar – miło było usłyszeć polską mowę. Było to na DVD. Nie wszystkie polskie rozmowy były przetłumaczone... W poniedziałek Maciek miał swój egzamin który zdał, jak szacuje, na 90 – 95%. Egzaminy tu mają w zasadzie o dziwnej potrze bo niektóre zaczynają się o 18:00. Tak przynajmniej były nasze dwa ustalone. Inne są jeszcze rano o 9:00. Każdy trwa 3:00 h. Przed egzaminem nie było żadnego rozsadzania, przesadzania, ustawiania studentów jakieś rzadki. Każdy siadał gdzie chciał. Na egzamin można było przynieść 2 kartki reference sheets. Ja zapisałem jedna kartkę calutką kratka w kratkę, ale druga miałem pusta bo myślałem że więcej mi się już nie przyda. Myliłem się - dwa, trzy wzory więcej mogły by mi bardzo pomóc. Taka gościówa przede mną miała całe kartki zapisane chyba w czwórce albo w piątce. Nie ma szansy poprawy tych egzaminów dlatego trzeba się mocno postarać już za pierwszym razem. Pan Benson oddał również wczoraj assignementy. Dostałem ze wszystkich jak po 100% więc mam już z oceny końcowej na pewno 20%. Bo to jest tak że na ocenę końcową liczy się 20% z assignementów + 20% za projekt +60% za egzamin.
Odkryciem ostatnich dni są mrożone koncentraty w puszkach. Kosztuje to np. 50c a można z tego zrobić 1,5l bardzo dobrego soku.
Miłym zaskoczeniem dzisiaj rano był list od jednej z subscriberek. Mianowicie dostałem kartkę z życzeniami świątecznymi i 20$. Byłem bardzo zaskoczony, tym bardziej że jej na oczy nie widziałem bo akurat ona płaci za gazety w office-ie Chronicala.
Wczoraj wieczorem przyszła natomiast wielka paczka z polski która Maciek schował mi pod karimatę. Zauważyłem ją dopiero jak się kładłem spać. Maciek uważa że jest to dobry dowód na to że mam bajzel na „łóżku” – myli się oczywiście.

Friday, December 05, 2003
 
Jako że przyszły dzisiaj papiery z polski, wysłałem dziś aplikacje do processing center. Strasznie się wkurzyłem jak się okazało ze kanadyjski rząd życzy sobie żeby nie przesyłać im papierów w prepaid envelopes. W praktyce oznacza to ze nie można przesłać papierów żadna poczta kurierska tylko wyłącznie zwykła poczta. Czyli innymi słowy rzad chce żeby moje papiery doszły tam jak najpóźniej. Nie wiem o co innego tu chodzi... Jest jeszcze jedna rzecz która jest zabawna jeśli chodzi o ta aplikacje. Znaczy, trzeba wypełnić parę formularzy i na końcu wypełnić checklist, który tez się dołącza do tych formularzy. Jedno z pytań na tym checkliscie pyta o to czy dołączyłem checklist – ta jakiś absurd ! Odpowiadać na jakimś formularzu na pytanie czy się dołączyło właśnie ten formularz!
Na spotkaniu FOCUSu jest coraz nudniej. Niemniej jednak nawiązała się krótka dyskusja z Clifftonem na temat celibatu.
Wieczorem miał miejsce w naszej kuchni (gdzie znajduje się tablica) wykład pod tytułem „Krzywa produkcji” (czy jakos tak). Wykładowcą był Maciek ja jedynym słuchaczem. Skoro już się tak mało uczymy to może przynajmniej możemy się od siebie czegoś nauczyć, w końcu mamy masę czasu.

Thursday, December 04, 2003
 
Przesiedziałem cały dzień w domu, udając że się uczę. Działo się niewiele. W zasadzie nic poza tym że Maćkowi urwała się rączka z patelni pełnej oleju, Emily spaliła swoje cookies, i roznieśliśmy największą ilość ulotek ever! Z tym olejem to jest tak że jeszcze go sporo jest na wykładzinie w kuchni i mamy teraz tam ślisko. Ciasteczka Emily to największa kulinarna porażka jaką w życiu widziałem! Wszystko wyrzuciła do kosza. A co do ulotek to szacuje sobie że rozniosłem dziś rekordową ilość 1330 sztuk (średnio po 11 na dom) . Oczywiście do tego dochodzą jeszcze gazety.
Wieczorem zobaczyłem kiepski film z Nicolsonem o jakimś kolesiu co się Schmidt nazywał.

Wednesday, December 03, 2003
 
Odebraliśmy dziś transkrypty z office-u. Niestety listy dzisiaj żadne do nas nie przyszły więc dalej czekamy. ATAC jest opustoszały, prawie nikogo w laboratoriach nie ma. Ja dzisiaj pracowałem nad grafiką na stronę a Maciek już się przygotowuje do egzaminu który ma dwa dni wcześniej niż ja.
Pan Wei zgodził się dzisiaj podpisać papier który by potwierdzał poje uczestnictwo w pracach nad projektem CBS z inżynierii programowania. Musze mu tylko coś takiego dostarczyć.
Dostaliśmy dziś podwójny pakunek flayersów. Cały korytarz jest teraz nimi zapchany.

Tuesday, December 02, 2003
 
Pojechaliśmy dziś zapłacić za wyrobienie wiz do CIBCu. Powoli wszystkie papiery się gromadzą za niedługo będzie można tą aplikacje wysłać. Dostałem dzisiaj letter of admittion z UVICu razem z Registration Guidem i płytą CD z materiałami o UVICu i Victorii.
Zobaczyłem dzisiaj wykład Knutha ze strony Stanfordu. Bardzo mi się podobał. Pomimo tego że Knuth jest znanym na całym świecie naukowcem (zajmuje się matematyką i informatyka), pracuje nad bardzo skomplikowanymi algorytmami to wykłady prowadzi w bardzo przystępny sposób. Maciek wyszukał parę interesujących liczb odnośnie Stanfordu. Mianowicie, rok nauki studenta z zagranicy (full-time - pięć przedmiotów na semestr) kosztuje 100 000 zł. Najwięcej internationali jest z Azji – 180, z europy było 53 a z Afryki 21. A sito na wejście to 100 osób na 12 miejsc.

Monday, December 01, 2003
 
W bibliotece też coraz więcej ludzi przesiaduje. Panuje ogólna mobilizacja. Kserowałem sobie egzaminy z poprzednich lat. Trzymają kopie w bibliotece w course reserves. Course reserves to zbiór książek, kser lub innych papierów które zostawia w bibliotece wykładowca aby studenci mieli do tego bezpośredni dostęp. Nie można ich jednak wynosić z biblioteki i trzymać dłużej nic 2 godziny. Generalnie sprowadza się to do tego ze przed egzaminami ludzie przychodzą i kserują co im potrzebce z tych course reserves. To samo co robi się u nas w „studenckim podziemiu”. Jeśli ktoś ma egzaminy z poprzednich lat, lub lepiej tegoroczny egzamin z Gliwic wykładowcy z którym mamy zajęcia, rozsyła to jak najszybciej gdzie się da. Tutaj nie ma żadnego „podziemia”, ale za to wszystkie materiały z których można się przygotować leża bibliotece. Nie wiem czemu niektórzy wykładowcy w Polsce tak skrzętnie chowają swoje egzaminy z poprzednich lat – są śmieszni.
Poszedłem na wykład z inżynierii programowania. Dzisiaj było podsumowanie wszystkich projektów. Pan wykładowca Wei, którego angielszczyzna nie jest najwyższego lotu, zaprezentował dziś dwie najlepsze prace. Najlepsza grupa miała około 200 stron specyfikacji! Bardzo szczegółowo dopracowane i bardzo mnie tym zaskoczyli. Inne grupy miały już mniej. Niestety nie pokazał jak te programy wyglądają w użyciu - na to w zasadzie czekałem.
Wieczorem upiekłem ciasto słuchając muzyki z nowego stereo!


Powered by Blogger