Kanada 2003/2004
Sunday, February 29, 2004
Zaraz po mszy w Anonim przyjechali po nas Coline i Ian i zabrali nas do swojej Faith Chapel na dalszą część service-u który zaczął się wczoraj. Na początku znowu mieliśmy okazje pośpiewać, następnie pastor tego kościółka na kilka minut przejął mikrofon i w końcu ekipa z PNG kontynuowała swoje preachowanie. To był ich zwyczajny cotygodniowy service. Jedynym wyjątkiem było to że zamiast farosza preachowali ci misjonarze. Gdy śpiewali niektórzy ludzie podnosili ręce i bardzo się emocjonalnie angażowali w to całe śpiewanie. W trakcie kazania często ktoś z siedzących w ławkach dorzucał swoje ‘Hallelujah!’, ‘Amen’ (ej-men!) albo ‘Uhmm’. Zdaje się podobną sytuację Steinback tak opisał: ‘ `Hallelujah,` said Granma, and she rocked a little, back and forth, trying to catch a hold of ecstasy.’ Merytorycznie samo kazanie mnie nie zachwyciło, jednakże sytuacje które opisywali w celu przedstawienia swoich poglądów były interesujące. Przykładowo opisywali tragedie paru tysięcy ludzi których całe wioski wraz z wieloma mieszkańcami zmiotły trzy tsunami.
Następną częścią niedzielnego spotkania w Fainth Chapel był lunch w piwnicy. Pomysł spożywania posiłków w podziemiach kościółka bardzo mi się podoba. Cały czas pisze ‘kościółek’ ale określenie dom w miarę dobrze pasuje do określenia tego budynku. Na dalszą część dzisiejszego serviceu nie zostaliśmy, Coline odwiozła mnie do domu a Maćka na uczelnie.
W domu moje podejrzenia, że ten ból gardła który zacząłem rano odczuwać jest początkiem grypy sprawdziły się. Zanim poszedłem spać zobaczyłem sobie ‘Cieńką Czerwoną linię’ – czyli kolejny film z serii PBP (Paweł Baron Poleca).
Saturday, February 28, 2004
Wczesne popołudnie w ATACu spędziliśmy m.in. sprawdzając pocztę oraz łącząc się za pomocą różnych komunikatorów z polską. O 16:30 przyjechał po nas Ian i Coline i zabrali nas do swojego kościółka.
Zapoznano nas znowu w wieloma ludźmi. Ich kościół ma w zwyczaju raz na jakiś czas się spotykać przy posiłku. Kościółek jest mały a piwnica służy im tam za probostwo czy coś w ten deseń. Mają tam kuchnie, łazienki pokoje oraz jadalnie. Poczęstowano nas bardzo smacznym obiadem oraz podwieczorkiem, było pysznie. Z ostatnich kawałków ciasta trzeba było nam już zrezygnować – to był jeden z tych momentów gdy ‘Oczy by chciały...’.
Niektóre twarze rozpoznawaliśmy gdyż ostatnio spotkaliśmy ich w wieczór sylwestrowy. Jednej z babci które tam były miała niesamowite poczucie humoru. Coś niespotykanego w Polsce u osób w tym wieku. Szybkie, błyskotliwe i powalające z nóg riposty – rewelacja.
Jedna pani która siedziała przy stole po drugiej stronie sali była z pochodzenia polką. Krótko z nią porozmawiałem. Urodziła się w Niemczech lecz jej rodzice byli Polakami. Jak na osobę która nigdy w Polsce nie była całkiem nieźle mówiła. Rozmowa oczywiście potoczyła się według oklepanego setki razy schematu.
Poznaliśmy również mamę i ojca Beverly – dziewczyny którą spotkałem u Pentenych jakieś trzy tygodnie temu. Papua i Nowa Gwinea jest to kraj w którym pracują na misji. Przyszli dzisiaj do tego kościoła żeby o tym preachować. Przed tym kazaniem, a może wykładem mieliśmy okazje pośpiewać. Nie skorzystaliśmy z niej jednak. Sam wykład nie był na tyle ciekawy na ile się spodziewaliśmy ponieważ mało przedstawili szczegółów na temat PNG, niemniej jednak parę ciekawych rzeczy usłyszeliśmy.
Pani mama przeprowadziła również grę. Jeden z elementów gry polegał na tym że ludzie musieli się w jakiś sposób udekorować srolą. Gdy wszystkie babcie, dziadkowie i reszta zgromadzenia owinęła już głowy, szyje lub ręce ową taśmą widok jaki prezentowali był porażająco śmieszny – niemożebnie zabawny.
Po całych tych ‘ceremoniach’ Ian i Coline zaprosili nas do jednej z Thunder Bayowych restauracji żeby posłuchać jak ich syna gra na pianinie. Tod, jak już chyba kiedy pisałem, gra jazz, a zatrudnia go pono najlepsza restauracja w mieście. To co dzisiaj tam usłyszeliśmy było fantastyczne, choć poza nim dziś był tam tylko perkusista. Od przyszłego roku zamierza zacząć studia w Toronto na muzycznej uczelni.
Friday, February 27, 2004
Dzisiaj wieczorem pojechaliśmy na Pasje. Pod kino przyjechaliśmy około 18:00 choć film zaczynał się dopiero o 19:00. Mają tu taki zwyczaj że miejsca w kinie zajmuje się na zasadzie kto pierwszy ten lepszy a sale otwierają godzinę przed seansem. To był powód dla którego przyjechaliśmy tak wcześnie. Poza nami było już tam sporo ludzi. Na pierwszy rzut oka pomysł mógłby wydawać się głupi, ale ta godzina czasu jest to idealna pora żeby nafaszerować siedzących tam ludzi reklamami i fast foodem. Sam się chyba dałem złapać na jedną reklamę odnośnie ‘Feels like home’ – tylko 14.99$ ! Na sale wprowadzili nawet specjalny wózko-sklepik gdzie można było się zaopatrzyć w najbardziej niezbędne popcorny i coca cole.
Gdy tak siedzieliśmy i czekaliśmy na film trochę pogadałem z Cliftonem i powiedział mi że zastanawia się nad kupnem jakiegoś drewnianego dekoracyjnego pieroństwa. Pytał się czy jak by co to czy pomoglibyśmy mu pomóc to wyremontować. Ma to trzy stopy na trzy stopy, waży tyle że trzeba to przenosić dźwigiem i stawia się to na szczycie dachu żeby było ładnie. Trochę byłem potracony jak mi to opisywał w swoich dziwacznych jednostkach i tak na prawdę nie mam zielonego pojęcia jakie to może być duże. Powiada: ‘Od spodu jest szerokie na trzy stopy... no wiesz 36 cali’- aha, wszystko jasne. Chyba najwyższy czas żeby sobie te wszystkie ichniejsze miary przyswoić...
Po godzinie (!) czekania, tak pomiędzy reklamą wody mineralnej i magazynu Famous zaczął się seans. Zaczął się oczywiście od kilku reklam i trailerów. Te jednak nie trwały już na szczęście godziny...
Generalnie mnie się film podobał a Maćkowi umiarkowanie. Wiele rzeczy inaczej sobie wyobrażałem i sam może by wyciął kilka scen, ale film jako próbę przedstawienia Pasji uważam za udaną.
Obok mnie usiał koleś który w trakcie filmu ciągle coś jadł. Z resztą wielu ludzi siedzących w kinie ciągle coś spożywało. Taki chyba zwyczaj tu mają że nie przychodzi się tylko na film ale i po to żeby sobie pojeść (niezależnie od tego co widać na ekranie).
Po wyjściu z kina czekaliśmy na dworze aż wszyscy focusowcy się zbiorą bo Penteni zaprosili nas do siebie na pizze. Czekaliśmy stojąc miedzy grupą młodych Kanadyjczyków. Tak na moje oko to wyglądali jak dzieci z podstawówki. Ich zachowanie jednak zupełnie nie pasowało mi do ich wieku. Gdy tak stałem i patrzałem na nich przypomniały mi się czasy kiedy jeździłem schoolbusem w Sook z dzieciarnią z podstawówki. Po roku jazdy zdołałem przyzwyczaić się do faktu że niektóre dziewczynki się malują. Nie raz czy dwa dla hecy, ale codziennie. Dziś jednak znowu byłem tym zaskoczony. Nie mam pojęcia jak z tym malowaniem się jest w Polsce ale chyba jest inaczej. Nie tylko o samo malowanie jednak mi chodzi. Cały ich sposób bycia tam pod kinem, ubiór, sposób w jaki miedzy sobą i z chłopakami rozmawiają, muszę przyznać nie pokrywa się z moim wyobrażeniem dzieci z podstawówki...
W drodze do Petenych jechałem w aucie z Julianą która jest pół Brazylijką pół Kanadyjką oraz dwiema Chinkami. Juliana tłumaczyła im że ta ciemna postać w filmie, węże, wrony itp. to są dodatkiem Gibsona i że czegoś takiego w biblii nie ma. Rzeczywiście takie Chinki które nie są ‘wtajemniczone’ mogą taki film zupełnie inaczej odebrać.
U Petenych zjedliśmy dobrą kolację i rozmawialiśmy o filmie. Dyskurs był ciekawy choć zabrakło ludzi którym film nie przypadł do gustu - dyskusja była poniekąd jałowa.
Thursday, February 26, 2004
O 1:30 poszliśmy z Judem do Virtal Reality Room. Pan Mettinen który tam zarządza zaprezentował nam trójwymiarowy model samolotu, a potem ja mogłem uruchomić tam swoje programy. Trochę się zawiodłem bo myślałem że moje grafiki w OpenGLu też będzie można oglądać w trzech wymiarach. Niemniej jednak udało się je bezproblemowo odpalić na tamtym sprzęcie i za pomocą trzech rzutników obraz znalazł się na ogromnym półokrągłym ekranie. Potem przyszli jeszcze Juliana i Marcelo. Zobaczyliśmy model budynku i wizualizacje samoorganizującej się mapy.
Po obiedzie poszedłem sobie zobaczyć nowo otwarty szpital, zdaje się że jest największy w Ontario. Prace jeszcze nad nim trwają, tu i ówdzie widać jeszcze robotników. Budynek w większej części jest oddany do użytku. W środku jest bardzo ładnie, wszystko nowe, niektóre ściany i sufity skomponowane z drewna i szkła.
Wieczorem poszedłem jeszcze na sale pograć w badmintona. Przyszła Juliana z Marcelo oraz później Jude. Na początku musieliśmy podglądać innych ludzi jak grają żeby wywnioskować jakie są reguły. Grało się przyjemnie. Jednak już po godzinie byłem strasznie zmęczony. Gdy dołączył do nas Jude rozegraliśmy trzy mecze. Jude strasznie wymiata mało poruszał się po boisku a i tak nie było miejsca coby go nie było, dodatkowo niemal z każdej pozycji potrafił precyzyjnie zaatakować w najsłabsze miejsce.
Wednesday, February 25, 2004
Kolejny raz na zajęciach z AP nic interesującego się nie działo. Pozostałe grupy omawiały ze sobą sposób transferu danych między swoimi programami. Po zajęciach spotkałem się z Ningiem żeby posiedzieć dalej na designem naszego programu. Później posiedziałem w szkole i poczytałem sobie o wyjątkach w javie.
Zdaję się że przez ostatni tydzień a może już dwa jest ciepło. Śnieg w ciągu dnia topnieje, stróżki wody spływają po ulicach, wszędzie jest mokro. W nocy temperatura spada do około -10C. Rano miejscami na drodze jest szklanka, a chodniki pokryte są zamarzniętą skorupą mokrego wydeptanego śniegu.
Wieczorem zobaczyłem sobie kolejny film z serii ‘Paweł Baron poleca’: Platoon.
Tuesday, February 24, 2004
Rano próbowałem u Juda uruchomić swój program ale nie udawało się. Trochę zrezygnowany poszedłem na czwarte piętro w ATACu gdzie jest laboratorium z Sun-ami. Byłem tam już wczoraj i poza tym że udawało mi się ten program skompilować to nie dało rady go uruchomić. Dziś dosyć przypadkowo zmieniłem nazwę pliku wykonywalnego i wtedy się uruchomił. Byłem bardzo tym zaskoczony. Rozentuzjazmowany poszedłem od razu do pana Mettinena który jakieś trzy dni temu obiecał mi że mnie do VR roomu wpuści jeśli mój program uruchomię z gianta. Umówiliśmy się na czwartek na 1:30. Mogę też zaprosić paru znajomych na pokaz, więc Maciek pójdzie na pewno, może jeszcze Jude i Quincy.
Gdy rano byłem u Juda, zapoznał mnie on ze swoim kolegą który okazał się być Polakiem. Na początku rozmawialiśmy po angielsku więc zaproponowałem żeby pogadać po polsku. Jakoś dziwnie mi to brzmiało: ’to znaczy możemy porozmawiać po polsku?’. Jakoś niezręcznie brzmi to pytanie... Prawdopodobnie spotkamy Pita jeszcze w piątek jak pójdziemy do kina na ‘Pasję’.
Wracając ze szkoły zahaczyłem o Salvation Army. Pomyślałem że być może mieli jakąś dostawę kijów hokejowych. Niestety takowych na składzie w ogóle nie było. Były tam natomiast fajne spodnie których właścicielem już jestem. W Salvation Army zazwyczaj leci muzyka amerykańska lat 60-tych typu Simon and Garfunkel. Dodatkowo każdy S.A. pachnie tym samym detergentem więc ma on swój charakterystyczny, unikalny klimat. Każda rzecz obmacana, okładki książek pozaginane, meble rozklekotane, a przede wszystkim ubodzy ludzie z wolna poruszający się w labiryncie stojaków, szafek i mebli. Ten sklep jest inny, wydaje mi się być nawet bardziej amerykański niż pozostałe. Wchodząc tam mam wrażenie że wchodzę w świat bardziej zbliżony do tego który opisywał Steinback. Może to przesada, niemniej jednak kolorowe, błyszczące reklamy w Searsie czy Zellersie wydają się być bardzo odległe od tej Steibeckowskiej rzeczywistości z przed 70 lat.
Wstąpiłem do biblioteki i odebrałem trzy czekające na mnie item-y. Pierwszy zobaczyliśmy już dziś, mianowicie ‘Midnaight Run’ z DeNiro – rewelacja.
Monday, February 23, 2004
Rano to pojęcie relatywne. Odkąd nie roznosimy gazet bardzo zmieniło swoje znaczenie - może nawet o trzy godziny...
Dzisiaj wstałem rano i szybko pojechałem na uczelnie tak że byłem tam na dwie godziny przed zajęciami. Posiedziałem nad projektem tego programu z Advanced Project. Dodatkowo udało mi się skompilować mój program w OpenGL-u, który napisałem w zeszłym semestrze na zaliczenie Computer Graphics, na giancie. Giant to tutejszy 64 procerosowy server SGI. Jeśli wszystko gra to być może będę mógł uruchomić swój program w Virtual Rality room na piątym piętrze. Bardzo chciałbym to tam zobaczyć.
Maciek przygotowywał się dzisiaj do swojego jutrzejszego mid-termu.
Sunday, February 22, 2004
Poczytałem sobie trochę ‘Grapes of wrath’. Trudno się to czyta ze względu na tą angielszczyznę :’Somepin I like to ast you’ albo " Ol’ Tom says,’Hol’ ‘im under water. ’". W drodze powrotnej wstąpiłem do biblioteki i wypożyczyłem ‘Come away with me’ oraz wpisałem się do kolejki po ‘Feels like home’. Mają już tą płytę w bibliotece tylko jeszcze jej nie przygotowali do wypożyczania (cokolwiek to znaczy).
Maciek pojechał do szkoły żeby się pouczyć i popracować nad plakatem czy ulotką na Konkurs wiedzy ekonomicznej organizowany przez Wiggor. Ja natomiast popołudniu pojechałem do Pentenych. Nawiązała się krótka dyskusja na temat wstydu (shame), ale trochę się potraciłem i teraz już nie wiem co shame znaczy po angielsku. Oni utrzymywali że to to samo co poczucie winy : ‘A painful emotion caused by a strong sense of guilt’.
Saturday, February 21, 2004
Dzisiaj rano zawitała do naszego domu starsza pani która zaczęła mnie namawiać żebym zaczął chodzić do kościoła. Pytała się czy wiem że tylko 20% Kanadyjczyków chodzi do kościoła i czy w ogóle się nad tym zastanawiałem. Powiedziałem jej że nie bo jestem z Polski. Powiedziała mi również zagrożenie nuklearne wcale nie minęło i że wkrótce rozpęta się wojna. Na potwierdzenie tych słów wręczyła mi dwie gazety. Na okładce pierwszej było zdjęcie pustych kościelnych ławek a na drugiej grzyba atomowego z dużym napisem ‘Awake!’. Dodała również że nie ma się czego bać bo Bóg powstrzyma ataki i uratuje świat, bo tak pisze w biblii. Jak już sobie poszła to pomyślałem sobie że niepotrzebnie sobie tym zawraca głowę skoro w końcu i tak się niby nic nie stanie... W każdym bądź razie nieźle się z Maćkiem z całej tej sytuacji uśmialiśmy.
Dzisiaj wyjątkowo na obiad poszliśmy do restauracji. Chyba to trochę za wielkie słowa bo byliśmy w Marry Brown - jadłodajnia w stylu KFC. Zjedliśmy jednak duży i dobry obiad.
Popołudniu byliśmy w ATACu a wieczorem zobaczyliśmy sobie kilka kabaretów od Emily. Jeden w zasadzie był śmieszny gdy koleś przedstawiał kolesia z pod budki z piwem który zna odpowiedzi na wszystkie pytania oraz gdy natrząsał się z facetów co wszystko mierzą metrem który mają zawsze przy sobie: ’Jimmy look at this son of a ... 3.98. Look at this! 3.98!’…Jego dynamiczne ruchy głową podczas prezentowania procesu pomiaru dawały bardzo dobry efekt...
Friday, February 20, 2004
Z naszego pokoju mamy widok na podstawówkę. Od kilku dni w tej szkole flaga kanadyjska jest opuszczona do połowy masztu i jest to chyba jedyna flaga która w tym mieście jest opuszczona. Zapytaliśmy się dzisiaj Cliftona dlaczego tak może być. Okazuje się że niedawno w szkolnym autobusie została zabita czteroletnia dziewczynka, a w autobusie jechały dzieci w przedziale wiekowym od 4 do 12 lat. Prawdopodobnie chodziła o tej szkoły właśnie.
W przyszłym tygodniu zamiast FOCUSa pójdziemy na kina na Pasje. Bardzo jestem rad z tego pomysłu tym bardziej że bilety zostaną nam zafundowane.
Thursday, February 19, 2004
Ten tydzień jest tygodniem na uczelni zwanym ‘Study Break’. Zdaje się że niewielu studentów poświęca się nauce. Dla mnie żaden break to nie jest bo 3 godziny zajęć w tygodniu lub 0 to żadna różnica.
Na poczcie w szkole wysłałem kartkę do pana Polkinghorna bo zdaje się że ma za niedługo urodziny, a potem posiedzieliśmy z Mćkiem w ATACu.
W czwartkowe wieczory na sali gimnastycznej można sobie pograć w badmintona. Zdaje się że dzisiaj drugi tydzień z rzędu przegapiliśmy okazję żeby się tam wybrać.
Wednesday, February 18, 2004
O 12:00 spotkałem się z Ningiem w bibliotece i dalej robiliśmy design naszego progamu.
Wieczorem zobaczyłem sobie ‘Aliena’ świeżo co wypożyczonego z biblioteki oraz poczytałem o XMLu z książki którą pożyczyłem od pana McCormicka.
Dzień miną szybko i być może to co z niego zapamiętam to że main cafeteria na środku sali stało plastikowe wiadro. Kapała do niego woda z topniejącego śniegu na dachu. Siedząc tak w tej stołówce patrzałem sobie przez okno na zamarznięty staw gdzie trzy osoby grały ‘frisbi’ na łyżwach.
Temperatura dzisiaj była dodatnia i śnieg zaczął się już topić. Niektóre auta jeżdżą z otwartymi oknami chociaż i tak najwyższa dzisiejsza temperatura to tylko +3C.
Tuesday, February 17, 2004
Po południu byłem u pana McCormcka w biurze. Jest właścicielem firmy ReadPlease i zaprosił mnie do siebie jak byliśmy na bożonarodzeniowym spotkaniu w luterańskim kościele. Pokazał mi jak wygląda jego firma. Pracuje dla niego jeden informatyk który dwa lata temu zrobił mastera na LU oraz jedna pani odpowiedzialna za księgowość i sprzedaż. Generalnie ReadPlease to jest program który czyta tekst, ale oni wcale nie programowali tej części odpowiedzialnej za wymowę głosek czy wyrazów. Używają do tego protokołu zrobionego przez inne firmy. Dlatego też praca programisty polega na przypisaniu paru wartości do atrybutów jakiejś klasy a potem tylko uruchomieniu metody voice(). Pan McCormick mówił że na necie są oczywiście cracki do jego programu, ale wychodzi z założenia że i tak na to nic nie poradzi. Poza tym uważa że to nawet dobrze świadczy o tym że jego program ktoś zcrackował bo wynika z tego że był tego wart. Mówił też że mają wykupione miejsce na serwerze gdzieś w Teksasie i że mają go tam 1TB ! Pytałem się również czy ich produkt powstaje według jakiegoś procesu o którym można się uczyć na zajęciach z inżynierii programowania. Nie mieli o tym zielonego pojęcia, a pan McCormick pierwszy raz słyszał w ogóle o UMLu.
Wieczorem do domu przyszła Emily i zjedliśmy razem kolacje. Pokazała nam zdjęcia i trochę nam poopowiadało o tym jak była na spływie zgrupą harcerską z Thunder Bay. W ogóle jej się nie podobało bo była permanentnie mokra, niewyspana itd.. Można by powiedzieć że ich spływy niewiele się różnią od naszych.
Monday, February 16, 2004
Nie ruszałem się dzisiaj z domu, poza tym że poszedłem odebrać zdjęcia do Zellersa. Napisałem sobie w Perlu skrypt który liczy ilość wystąpień wszystkich wyrazów. Najczęściej pojawia się ‘na’, a poza tym można powiedzieć że moja logo sfera liczy 7781 wyrazów. Niestety program liczy osobno wszystkie odmiany wyrazów ale nad rozwiązaniem tego problemu nie będę się męczył.
Emily skądś ma kilka DVD z wieloma komikami takimi jak: Jerry Seinfield, Jim Carrey, Jason Alexander lub Chris Rock. Poprzeglądałem sobie te ich wystąpienia ale musze przyznać że jeden skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju przebił by ich wszystkich razem wziętych. Kiepski jest ten zbiór.
Późnym wieczorem Maciek wrócił ze szkoły i naszej skrzynce na listy znalazł listy. Były tam dwa z kartami Air Miles, po jednej dla każdego, oraz walentynkowa kartka od pana Polkinghorna, nauczyciela z Sook.
Sunday, February 15, 2004
Dzisiaj w kościele, ławkę przede mną zajęła młoda rodzina z dwoma chłopcami w wieku około 4,5 lat. Wyrabiali cały czas. Jeden z nich żeby zabić czas czołgał się pod ławkami w poszukiwaniu cukierków które wcześniej sam rozrzucał. Pamiętam że tydzień temu, już po mszy, jeden z nich postanowił że nie założy butów, a dworze przecież dwudziesto stopniowy mróz. Gdy już założył widziałem że jego rodzice mieli problem żeby go w ogóle namówić żeby wyszedł z nimi z kościoła. Chopcy są świetni.
Saturday, February 14, 2004
Działo się dzisiejszego dnia niewiele. Po obiedzie pojechałem na rowerze w kierunku wybranym metodą pseudo-randomizacyją, znaczy jeździłem sobie po Thunder Bay bez celu. Zdaje się że pierwszy raz w życiu pojechałem na rowerze w celach rekreacyjnych przy temperaturze –17C. Było słonecznie. Nieraz przychodziła mi na myśl Słowacja ponieważ zdaję się że ekipa znajomych z Polski tam teraz sobie szusuje.
Ja zabłądziłem na skutero-strade. Pod trakcją linii wysokiego napięcia widać ślady tych pojazdów. Widziałem dwie osoby jak jechały sobie tam na tych skuterach i wygląda na to że musi to być niezła zabawa. W każdym bądź razie Thunder Bay to chyba idealne miejsce do uprawiania tego sportu.
Wieczorem skończyłem czytać ‘Zniewolony umysł’ i zabrałem się w końcu za ‘Grapes of wrath’ które kupiłem sobie jakiś czas temu w sklepie z używanymi książkami.
Friday, February 13, 2004
Na zajęciach z AP dwa teamy które zajmują się wizualizacja przedstawiały swoje dokumenty wymagań. Wizualizacja 2D będzie w Javie, a 3D w OpenGLu. Mam nadzieje że kiedy skoczymy ten projekt wszystko będzie działać poprawnie i wyniki działania SOM-u będzie można ładnie zwizualizować.
Popołudniu spotkałem się z Ningiem i rozmawialiśmy na temat designu. Dużo dzisiaj ustaliśmy i już teraz zapowiada się dużo klepania kodu.
Na spotkanie FOCUS-u przeszło sporo osób. Dzisiaj porozmawiałem z Joshem, jedynym Kanadyjczykiem w grupie który pierwszy raz pojawił się tydzień temu. Trochę byłem zaskoczony że w ogóle zdecydował się znowu przyjść. Wydawało mi się że te spotkania dla rodowitych Kanadyjczyków mogą być wyjątkowe nudne ze względu na wolne tempo. Trochę porozmawialiśmy, na początku trochę o Polsce a potem o wyprawie w góry. Josh i jego kolega planują w kwietniu wypożyczyć samochód na sześć dni i pojechać w Rockie Mountains. Być może uda nam się z nimi zabrać w jedną stronę, przynajmniej do Calgary – było by wyśmienicie.
Thursday, February 12, 2004
Dzisiejszy dzień minął wyjątkowo szybko. Później niż zwykle wybrałem się do szkoły, posiedziałem na modelami UML do naszego projektu i w mgnieniu oka za oknem zrobiło się ciemno.
W drodze powrotnej pojechałem zobaczyć czy ktoś gra na lodowisku. Okazało się że jest tam sporo młodzieży grającej w hokeja. Postanowiłem że w sobotę spróbuje tam pójść około 19:00 i może uda mi się wkręcić na jakiś mecz. Ekipa tam wymiatała równo – tempo zabójcze.
Wieczorem poczytałem trochę Miłosza, posłuchałem Westa i poklepałem trochę kodu na galerie do strony WWW. Dzień minął bardzo szybko.
Wednesday, February 11, 2004
Przeprowadziliśmy dzisiaj prezentacje specyfikacji wymagań do naszego programu na zajęciach z AP. Jak zwykle przy wystąpieniu przed większą publicznością ( 10 osób) miałem lekką tremę. Zdaje się że trochę z początku namieszałem ale nie było najgorzej. Rozwiązała się również dzisiaj cała sytuacja z tym outputem. Skończyło się na tym że drugi team, który wykonuje dokładnie takie samo zadania jak nasz team, postanowił że da dwa outputy odpowiednio do dwóch różnych specyfikacji. Do swojej i do naszej zatwierdzonej przez wszystkie inne teamy. Innymi słowy kolesie powiedzieli że będą programować coś co się nikomu nie przyda – spoko.
Jak tak sobie dzisiaj siedziałem w jednej sali w ATACu przyszedł tam koleś odpowiedzialny za całą nową elektronikę w tym budynku i zaczął opowiadać różne historie. Przykładowo że niedawno ustalono że popsucie mikrofonu w salach grozi permanentną eksterminacją z LU, a co za tym idzie zakończeniem potencjalnej studenckiej kariery również na wszystkich pozostałych uczelniach w Kanadzie. Powiada ów koleś również że mikrofony w tym budynku kosztowały 7 800$. Cena jednego to około 250$. Mają tam również jedno z najnowocześniejszych studiów filmowych w Kanadzie oraz VR room w którym miałem już okazje w zeszłym semestrze być. Są też ponoć miejsca gdzie można bez kablowo łączyć się z netem.
Wspominał też że ostatnie walentynkowe wydanie Argusa, uczelnianej gazetki, wzbudziło kontrowersje wśród staffu uczelni. Wychodząc z ATACu zabrałem sobie jeden egzemplarz, bo o zgrozo, sam za niego zapłaciłem razem z moimi miscellaneous fees. Jestem zbulwersowany tym co tam się znajduje. Gazeta poniżej poziomu jaki prezentują takie kolorowe czasopisemka jak ‘Bravo’ czy ‘Popcorn’ – tak, okazuje się że można zejść jeszcze niżej! Mogło by się wydawać że docelowa grupa odbiorców, jaką reprezentują przede wszystkim studenci LU będzie miała bardziej wyrafinowane gusta...
Tuesday, February 10, 2004
Rano do drzwi zadzwonił pan listonosz i przyniósł mi paczkę z wykładami Westa na CD.
Dzisiaj nasza grupa NNet spotkała się w bibliotece żeby przygotować prezentacje Requirements.
Popołudniu zostałem w ATACu i popisałem maile ponieważ czekałem na wykład o 19:00. Wykład miał być inauguracją wystawy o Januszu Korczaku dlatego też ten temat mnie zainteresował. O Januszu Korczaku mówiono niewiele natomiast więcej uwagi zostało poświęconej na temat holokaustu, przede wszystkim żydów.
Pierwsza część był to speech pewnego gościa który miał okazję brać udział w ‘Marszu żywych’. Pokazywał slajdy które zrobił podczas pobytu w Polsce oraz Izraelu. Podkreślił również zachowanie kanadyjskiego rządu w stosunku do żydów starających się uciec z europy. Najlepiej chyba streszcza tą postawę wypowiedź kanadyjskiego ministra, notabene dzisiaj jego postać figuruje na piędździesięciodolarówkach :’None of them is too much’.
Następnie mikrofon przejął Max Isac (?) który przeżył pobyt w kilku obozach pracy. Opowiedział on swoją historie a następnie udzielał odpowiedzi na pytania publiczności. Jedno z pytań zadał koleś który miał może 50 lat, a brzmiało ono tak: ”Czy naziści zabijali nie tylko żydów ?” Pierwszy raz w życiu słyszałem taki przekaz z pierwszej ręki od osoby która to wszystko przeżyła.
Monday, February 09, 2004
Na zajęciach z Advanced project nadal nie ma zgody co do naszego outputu i dyskusja na ten temat została przeniesiona na środę. Strasznie nad tym ta druga grupa kombinuje a każdy ich nowy pomysł na labeling wydaję mi się być coraz bardziej nonsensowny.
Po zajęciach updatowałem moją stronę, stronę FOCUSA, a później poszedłem do Juda. Dostałem od niego Matlaba oraz pokazał mi jak się dobrać do tego SOM toolboxa – kod źródłowy wygląda masakrycznie.
Po drodze do domu zahaczyliśmy o Safewaya i znowu ‘zaoszczędziliśmy’ parę dolarów.
W domu trochę się uśmialiśmy z bardzo głupiej zabawy. Znaczy ja ucząc się Perla pisałem sobie program który wyszukiwał z mojego bloga wszystkie wyrazy które przykładowo zaczynały się na ‘B’ a kończyły na ‘a’. Następnie program zliczał wystąpienia tych wyrazów i obliczał z tej liczby pierwiastek. Zabawa polegała na tym że Maciek zgadywał właśnie ten pierwiastek gdy za dane do zadania miał tylko pierwszą i ostatnią literę szukanych wyrazów. Trzeba przyznać że trochę karkołomne to zadanie a końcowa liczba do niczego nikomu się nie może przydać. Tak powinno się definiować w słownikach słowo bezużyteczność : ‘Pierwiastek z liczby wystąpień słów zaczynających się na ‘s’ i kończących się na ‘f’ w tym blogu’. Swoją drogą jest to 2.645751311.
Sunday, February 08, 2004
Rano wstałem wcześnie, znaczy o 7:30, i pośpieszyłem na msze. Potem wróciłem do domu i dokończyłem śniadanie. Następnie udałem się na uczelnie a Maciek pojechał na szachy. Ostatecznie zajął drugie miejsce w tym dwudniowym turnieju.
O 12:00 zagrałem kolejny mecz indoor soccera. Zdaje się że ostatnie dwa mecze przegapiłem. Dzisiaj też było nieźle (5:3) chociaż wynik tego meczu mógł się dla nas turn out o wiele gorzej. Dobry mieliśmy początek – pierwsza bramka padła w pierwszych 5 sekundach. Naparzyłem zaraz po rozpoczęciu z połowy boiska w bramkarza, tak że zdołał tą piłkę tylko odbić. Koleś z mojej drużyny (który nie pamiętam jak ma na imię) w tym czasie zdążył podbiec pod pole karne. Gdy tylko piłka znalazła się pod jego nogami przydusił w nią i już było 1:0. Początek był rewelacyjny i z rozpędu załadowaliśmy jeszcze jedną więc było 2:0. Potem jednak zaczęły się schody i jak to powiedział kiedyś Tomi: ‘Trzeba było zacząć skakać’. Skakaliśmy tak w zasadzie pozostała część meczu. Kryzys przyszedł w drugiej połowie. Murzyn którego tamta drużyna wystawiła na atak nieźle się rozstrzelał. Na szczęście też chyba po jakimś czasie się też zmęczył bo grał bez zmiany prawie cały mecz. Jak teraz już widzę że przeciwnej są jacyś Murzyni to wiem że szykuje się ciężki mecz - zwyczaj są wybiegani. Po meczu skoczyłem na basen. Woda wypłukała ze mnie resztki energii i zostałem taki półprzytomny do końca dnia.
W domu przygotowałem sobie Bratkartoffeln z kurczakiem – pycha, chociaż w tym tygodniu jadłem już tą potrawę chyba ze 3 razy...
Dokończyłem słuchanie ‘Przekroczyć próg nadziei’ i zacząłem ‘Grona gniewu’ czytane przez Henrego Fonda – niestety czyta tylko wybrane rozdziały.
Położyłem się spać i chwile potem zadzwonił budzik i była już 18:00, czyli czas żeby się zbierać do wyjazdy do Pentenych. Jako że byłem jeszcze zmęczony i lekko nieprzytomny wykłady Shermana zdawały mi się być jako brzęczenie muchy – nie, to już lekka przesada. Abstrahując jednak od wykładów, była dzisiaj u Pentenych dziewczyna, może w wieku 16 lat które ostatnie 13 lat spędziła w Papui i Nowej Gwinei ( przez długi nie byłem pewien co to za kraj ‘papuanygin’ – tak to oni wymawiają). Wróciła do Kanady tylko na 6 miesięcy – coś jak gdyby powrót do domu tylko żeby podlać kwiatki. Potem wraca na dwa lata, potem znowu ma zamiar mieszkać w Kanadzie rok lub dwa a potem znowu wraca do Papui. Ma około 16 lat i już sobie, lub jej rodzice, zaplanowali jej następne pięć lat. W każdym bądź razie mówi że cały rok mają tam zielono. Upałów nie ma bo mieszka w górach, a temperatura w ciągu roku waha się pomiędzy 20C –25C. Ja bym tak sobie wyobrażał raj. Trudno się dziwić że jej zimno w Thunder Bay. Mieszka na misji a jej rodzice są misjonarzami. Jej opowiadania były trochę w deseń opowiastek Marcelowych, które zapodawał przy zdjęciach: ’Tak, komary też tam są, ale jest ich mniej niż w Kanadzie. Poza tym przenoszą malarię, ale to nic strasznego’.
Dzisiaj przyjechał po mnie Ian i samochodzie opowiadam mi że temperatura będzie się tak wahać pomiędzy –5C do –20C jeszcze do końca marca, a śnieg bedzie leżeć do końca kwietnia...
Saturday, February 07, 2004
Dzisiaj pochodziłem sobie trochę po okolicy. Miałem zamiar porobić zdjęcia bo była dobra pogoda. Nic jednak nie wypstrykałem bo nie było na czym. Każda ulica taka sama, każdy dom taki sam – bardzo monotonny widok. Moim celem było dojść do lasu ale chyba wybrałem zły kierunek bo domy ciągnęły się w nieskończoność.
W drodze powrotnej skoczyłem do Safewaya i biblioteki a popołudniu w domu upiekłem ciasto.
Maciek dzisiaj był na kolejnym turnieju szachowym ale przegrał jedną z trzech partii z czego wyraźnie nie był zadowolony.
Friday, February 06, 2004
Na zajęciach z Advanced project było trochę zamieszania. Każda grupa powinna zebrać podpisy liderów pozostałych grup odnośnie specyfikacji inputu i outputu . Moja grupa w zasadzie robi to samo co grupa 3 jeśli chodzi o I/O. Niestety ci z 3 grupy podpisali specyfikacje która się jednak zmieniła, choć pracowali nad nią przez cały poprzedni tydzień. Współpraca miedzy grupami nie wygląda najlepiej...
Po zajęciach mieliśmy spotkanie w grupie. Dosyć długo trwało, ale było najbardziej kreatywne z pośród tych które przeprowadziliśmy dotychczas. Skończyliśmy po 16:00, (a raczej po 4:00 pm) i stołówka była już zamknięta. Nie miałem więc już możliwości wsadzić na 100 sekund do mikrofalówki moich pizza pocketów, co równa się z tym że nie zjadłem swojego obiadu.
Na 5:30 poszliśmy na prezentacje którą prowadził Jude. Pokazywał podstawowe funkcje i zastosowania Matlaba. Bardzo mi się ten program podoba, tym bardziej że ludzie z uniwersytetu w Helsinkach napisali toolbox do Matlaba dla samoorganizujących się map. Myślę że w przyszłym tygodniu z pomocą Juda uda mi się ten toolbox zobaczyć w akcji.
Wieczorem poszliśmy na FOCUSa. Marcelo pokazywał nam zdjęcia z Brazylii. W zasadzie to były zdjęcia z misji, w sensie że z małych wiosek w lasach amazońskich. Komentarze do niektórych zdjęć były zaskakujące. Przykładowo na je jednym zdjęciu prezentuje się chłopak z małpką na rękach. Komentarz Marcelo: ‘ To jest jeden z moich kolegów, a na rękach ma małą małpkę bo jej mamę zjedliśmy. Bardzo lubię małpie mięso – to jest moje ulubione danie’. Bardzo ciekawe były zdjęcia i komentarze, chyba dlatego że po prostu ciekawa, inna jest kultura tamtych ludzi. Przykładowo, jednym ze zwyczajów tamtych ludzi było zabijać bliźnięta. W jednym z nich, niestety nie wiadomo w którym, miał mieszkać zły duch. Są też inne zwyczaje, mniej brutalne np. inicjacja. W ramach tego obrządku młodzi faceci muszą położyć ręce na świeżo ściętym pniu drzewa którego próchno zamieszkują mrówki. Mają też okazję wypić wywar z pokrzyw co kończy się zwróceniem owego wywaru razem z pozostała zawartością znajdującą się w żołądku. Każde z tych czynności ma swoje przesłanie. Im dłużej delikwent będzie miał ręce w mrowisku tym bardziej jego ręce i on sam będzie wytrzymały, and so on and so forth. Marcelo mówił także że jest tam tak że im kobieta jest starsza tym więcej musi pracować. Pokazywał nam zdjęcie starszej pani przy ognisku z garami i powiada że ona wstaje o 5:00 rano i rąbie drewno na opał. Drzewo składa w koszu i w nim przenosi je do ogniska. Marcelo mówił że nie był w stanie udźwignąć tego kosza...
Thursday, February 05, 2004
Napisałem dzisiaj pierwsze skrypty w Perlu i już zaczyna mi się to podobać.
W przeciwieństwie do Maćka zostałem dzisiaj w domu i tylko popołudniu myknąłem sobie do biblioteki. W Quality Market rozpoznałem polkę tylko po tym jak zawołała na swojego męża - „Bogdan!”. Znaczy długo miałem wątpliwości czy to zawołanie „Bogdan!” było po polsku, ale później słyszałem jak rozmawiają. W bibliotece updatowałem swoją galerie na stronce oraz wypożyczyłem film o ptakach. Wieczorem go zobaczyliśmy – rewelacja!. Przyszły też do County Park Branch Library ‘Grapes of Warth’ na kasecie oraz dwie płyty R.E.M..
Wednesday, February 04, 2004
Dzisiaj w szkole rozbolała mnie głowa i przejazd do domu na rowerze był bardzo nieprzyjemny. W szkole udało mi się przegrać binaria perla na płytę i laptop tym razem na szczęście to łyknął. W domu dokończyłem pisanie galerii w php na moją stronke. Na dworze znowu zima ale mam nadzieje że to już ostatnie tygodnie tych mrozów, bo przecież w końcu ileż można !?
Tuesday, February 03, 2004
Jako że dzisiaj cały dzień przesiedziałem w domu, nie licząc wyjścia do biblioteki, niewiele zdarzeń przychodzi mi do głowy.
Maciek dostał dziś list z governamentu i przedłużyli mu wizę aż do sierpnia 2005! Byliśmy zaskoczeni. Ja w drodze do Zellersa zrobiłem kilka zdjęć żeby nie zapomnieć jak wygląda Brant Street zimą. Maciek przyjechał dość późno, ale mówił że mu kłódka do roweru zamarzła i pół godziny ją rozmrażał. Skończyło się na polewaniu jej gorącą wodą. Miał dzisiaj też szczęście, bo go jakaś kobita gdy zauważyła jak jedzie na rowerze podwiozła do domu.
Monday, February 02, 2004
Na zajęciach z ‘Advanced project’ byłem świadkiem kolejnej bezowocnej gadki. Denerwuje mnie to, bo goście strasznie dużo gadają, ale beż żadnych konkretów – jest dym.
W szkole udało mi się pogadać przez Skype i ściągnąć perla. Co z tego skoro laptop nie chce czytać tej płyty...
W domu podłubałem przy mojej stronce.
Największym zaskoczeniem była jednak dzisiaj temperatura - -1C. Dodatkowo cały dzień padał śnieg wiec na drogach zrobiło się błotko. p
Sunday, February 01, 2004
Pierwszy luty. Zbliża się już początek szóstego miesiąca w Kanadzie. Maciek właśnie ogląda Bodygouarda a ja przed chwilą skończyłem Łowce Andreoidów. Mamy jednak zamiar trochę wyluzować z tymi filmamy bo ich za dużo oglądamy.
Razno zaspałem na indoor soccera bo obudziłem się dopiero o 9:00. Poszliśmy tradycyjnie do włoskiego kościółka a potem do biblioteki sprawdzić maile. Popołudniu zjedliśmy pierwszy raz taki prawdziwy obiad, znaczy rosół a na drugie danie kurczak – pycha.
Popołudniu nie pojechaliśmy do Pentenych ponieważ goście którzy mieli nas przywieźć w ogóle zrezygnowali z wyjazdu ponieważ drogi były mocno zasypane. Dzisiaj znowu przez cały dzień padało. A jak wiemy pogoda zmienia się ‘per era and per area’.